Ułatwienia dostępu

Niedawny Dzień Matki i Dzień Dziecka, a później Dzień Ojca nie są już wyłącznie radosnymi świętami. U części ludzi wywołują silną reakcję emocjonalną – bynajmniej nie pozytywną. Chętnie i szczerze dzielą się swoimi przemyśleniami ze światem. Wpisuje się to w szeroki i trwający od lat trend przedstawiania życia rodzinnego jako naszpikowanego trudami, pułapkami, odrzuceniem i nieszczęściem. Rodzicielstwo, szczególnie macierzyństwo zaburza ułudę równości między płciami, uderza w kult sprawczości i niszczy poczucie bezpieczeństwa zbudowane na własnej mocy. Na tym chaosie chętnie żerują „specjaliści” zarabiający na desperacji i lęku.

Procenty i oskarżenia

Nie sądziłam, że kiedyś to powiem, ale dziękuję Facebookowi za jego aktualizację. Obecnie w aktualnościach widać nie tylko obserwowane strony i materiały od znajomych, ale także profile, które mniej lub bardziej są powiązane z naszą aktywnością i zainteresowaniami. To interesujące doświadczenie, ponieważ pozwala na wyjście z bańki informacyjnej. Nieraz nie bez uszczerbku na zdrowiu – w moim przypadku to między innymi treści antyklerykalne, altmedowe oraz feministyczne. Te ostatnie zostały ostatnio wręcz zalane lawiną żali związanych z Dniem Matki i Dziecka. Teoretycznie nic nowego: macierzyństwo jako wyłącznie wyrzeczenia, źródło cierpienia, zniszczenie życia społecznego i zawodowego, niechybna utrata pracy, zdrowia, majątku i męża, nieodpowiedzialność i powoływanie niepotrzebnego życia w świecie pełnym cierpienia. 

Co więcej, postawa ta rości sobie miano naukowej. Zaprzęgnięto więc do roboty statystykę. Zrobiono badania ankietowe, na podstawie których wyszło, że praca w domu w większości wykonywana jest przez kobiety. Ukuto nawet określenie na to zjawisko: nieodpłatna praca domowa kobiet. No właśnie, kobiet – tak jakby mężczyźni nie włączali się w prowadzenie gospodarstwa domowego. Wizja wiecznie zmęczonego, narzekającego i coraz bardziej zapuszczonego męża, który po pracy jedynie siada na kanapie przed telewizorem (lub bardziej nowocześnie – smartfonem) jest bardziej lub mniej świadomie powielana jako dominująca. 

Czasem przebąkuje się, że zaszło wiele zmian, panowie coraz chętniej i częściej podejmują różne obowiązki. Całość jednak rozbija się o ten model, który funkcjonuje w głowach tworzących narrację, trafia do odbiorczyń i utwierdza je w przekonaniu, że równości nie ma i długo nie będzie. Co jeszcze bardziej istotne, badania ankietowe nie są najlepszym źródłem materiału badawczego, i o ile w pracach dyplomowych jeszcze uchodzą, to poważna nauka powinna podchodzić do nich z dużą dozą ostrożności. Szczególnie, gdy informacje antagonizujące pochodzą tylko od jednej strony.

To nie jedyny element budujący poczucie niesprawiedliwości. Z łatwością można znaleźć liczne artykuły, posty i rolki przekazujące negatywny obraz rodzicielstwa. Od ciąży niszczącej ciało, przez traumatyczny poród, długie godziny nieutulonego płaczu, brak snu, pyskujące dziecko aż do nastolatka uciekającego w świat elektroniki czy używek. Naprawdę trzeba się solidnie naszukać, by trafić na treści niosące odwrotny, pozytywny obraz. Choć taki rzecz jasna istnieje, nie niesie się tak szeroko, bo nie generuje tak silnego ładunku emocjonalnego. Czy mamy kłamać, że posiadanie dzieci jest wyłącznie pięknymi chwilami? W żadnym razie. Kto jednak dokłada się do powielania tak obecnie sztampowego obrazu matki uciemiężonej, dokłada cegiełkę do zaniku własnego narodu. 

Prosto w serce

Rodzicielstwo jak chyba żadna inna dziedzina życia nie pokazuje tak jasno, jaką ułudą jest obecnie pojmowana równość. Nie tylko fakt, że tylko kobieta jest w stanie zajść w ciążę i urodzić dziecko. Nawet jeśli maluch nie jest karmiony naturalnie, to każdy z rodziców inaczej odbiera jego potrzeby, wnosi inne elementy do opieki nad nim. Ostatecznie nie da się zastąpić żadnego z nich, choć to matki bardziej. To jej zapach, bicie serca, głos niemowlę zna doskonale, żadne inne ramiona nie tulą tak kojąco. To kobiety w zdecydowanej większości pozostają z dziećmi długie miesiące, a nawet lata w domu, początkowo dosłownie utrzymując przy życiu, potem wspomagając w rozwoju. Choć stwierdzenie, że matka daje bezpieczeństwo, a ojciec wyzwania można uznać za uproszczenie, to obie postawy wzajemnie się równoważące i dopełniające są konieczne do prawidłowego rozwoju małego człowieka. Fasada równości pojmowanej jako identyczności, co coraz śmielej rozgaszcza się w naszym myśleniu upada w takich warunkach z hukiem.

Podobna sytuacja ma się z poczuciem sprawczości. Tym hasłem mamione są kobiety jako rozwiązaniem poczucia niemocy w społeczeństwie i relacjach. Przyzwyczajone do tego, że wiele da się załatwić, wynegocjować, lub przynajmniej można spróbować się dogadać otrzymują pod całodobową opiekę osobę, która o czymś takim nie słyszała. Która (nie) je, (nie) śpi, płacze, śmieje się, rozwija absolutnie wedle własnego pomysłu. Która czasem za nic ma schematy, rozpiski i normy, która nie ma instrukcji obsługi. Nagle okazuje się, że prawie wszystkie aktywności w ciągu doby nakierowane są nie na siebie, swój rozwój, pracę, ale właśnie na zaopiekowanie się dzieckiem. Rodzi to frustrację, która może być przekuta w coś pozytywnego lub negatywnego. 

Pozytywnego – w oddanie się na swoistą służbę drugiemu, bezbronnemu człowiekowi. Tony pokory, cierpliwości i kreatywności przekute w towarzyszenie w tej fascynującej podróży początku życia. Negatywnego – uparte trwanie w tęsknocie za dawnym życiem, możliwością robienia niemal czego się zapragnie. Zderzenie z nową rzeczywistością często jest gwałtowne, niespodziewane i bolesne, bo coraz więcej kobiet (w tym pisząca te słowa) nie miały wcześniej do czynienia z tak małymi dziećmi. Odnalezienie się w nowej roli, połączone z walką z deprywacją snu i wielkimi wątpliwościami dotyczącymi wszystkiego to nie jest gładkie przejście z jednej roli w drugą. Mało kto jest przyzwyczajony do trudnych warunków – niedospania, stresu, osłabienia. Co by nie mówić żyjemy w kulturze komfortu, a celowe wystawianie się na nieprzyjemne warunki jest stosunkowo rzadkie. Cecha naszych czasów, ułatwiamy sobie wszystko, co tylko możliwe – ale pewnych kwestii nie przeskoczymy. 

Pomocna dłoń?

Pracują ojcowie, dziadkowie, rodzeństwo i dalsza rodzina dziecka. Rodzina nuklearna, koncept społeczny w historii bardzo nowy i, patrząc z pewnej perspektywy, absurdalny. Gdy rodzicielstwo z jednej strony jest pożądane społecznie, a z drugiej strony obwarowane licznymi obostrzeniami, niepewnościami i wielopoziomową niechęcią – tworzy się zabójcza mieszanka. Zabójcza dla pragnienia posiadania potomstwa, czy to w mniejszej czy większej liczbie. Pięknie się mówi o tym, że do wychowania dziecka potrzeba wioski. Gdy tymczasem coraz więcej osób nie ma wsparcia ze strony bliskich, a pomoc systemowa jest znacznie ograniczona, przychodzi biznes.

Drodzy czytelnicy nieposiadający dzieci (bądź mający starsze) zapnijcie pasy, bo będzie się działo. Liczna oferta pomocy okołomedycznej, jak doradczynie laktacyjne, fizjoterapeuci, osteopaci, terapeuci integracji sensorycznej czy neurologopedzi wrosła w tkankę rodzicielską na dobre. Nowością są psycholodzy prenatalni (analiza problemów dziecka z perspektywy relacji tworzonej w ciąży) i konsultantki snu (pomagające wyregulować sen dziecka, co czasem ma sens, a czasem sprowadza się do „zostaw, niech się wypłacze” i inne rady sprzeczne z nauką i zdrowym rozsądkiem). To nie tylko odpowiedź na coraz bardziej zamożne społeczeństwo, brak głębokich więzi pozwalających na wymianę doświadczeń i wysoki poziom lęku pozwalający zaufać tylko tym, którzy mają jakiś tytuł. To też kreowanie lęków i dawanie na nie odpowiedzi… za drobną opłatą jedynie kilkuset złotych w górę. A także rzecz bardziej przerażająca, bo wynikająca z całego systemu, w którym funkcjonujemy. Amerykanki mają jedynie trzy miesiące urlopu macierzyńskiego, na dodatek bezpłatnego (mało która firma oferuje więcej, a to od niej zależy wymiar tego czasu). Zaledwie czteromiesięczne dzieci są oddawane do opieki dziennej, a mamy muszą się wysypiać i skupiać na pracy. Chcą sobie zapewnić maksimum spokoju w czasie, gdy ich dzieci bezdyskusyjnie powinny być z nimi. Rozdarte między potrzebą zarobku a miłością do dziecka, chwytają się wszystkiego.

Rodzicielstwo stoi w jawnej sprzeczności z „wartościami” współczesnego świata. Jest dawaniem, oddaniem, ofiarą. To zmiana siebie na licznych poziomach, codzienny trud, odpowiedzialność. Dawanie, a potem kształtowanie życia, współuczestniczenie w dziele stworzenia nigdy nie spotka się ze zrozumieniem liberalnego świata. Oddanie egoistycznie rozumianej wolności będzie budziło śmiech, pogardę i złość. Kto szczuje na ten stan, winien jest wymierania własnego narodu. Dlatego bez zmiany kultury, mentalności mas więcej dzieci nie będzie. Tymczasem my możemy własnym życiem i przykładem w tej zmianie brać udział.

Inne teksty autora.

Agata Leszczak

By Agata Leszczak

Lekarz medycyny, miłośniczka gór, kolarstwa i literatury, szczególnie historycznej