Ułatwienia dostępu

Są pisarze, których czyta się przez czas jakiś, a potem odkłada na półkę jak rzecz należącą do minionej mody. Są i tacy, których sława trwa, lecz jedynie z przyzwyczajenia epoki, z nawyku szkolnych spisów, z przymusu kulturalnego decorum. Są pisarze, których lektura porusza i wzrusza, ale następnego poranka nasze życie znowu wraca do normy. Lecz są również autorzy rzadszego rodzaju: ci, którzy nie przemijają, bo dotknęli najczulszych strun ludzkiej duszy. Przebili się przez  gust publiki, sezon i okoliczność. Są pisarze, których lektura wstrząsa do samych trzewi i pozostawia pytania, które trwają i trwają. Do tego właśnie grona należy niepozorny John Ronald Reuel Tolkien.

Ilekroć wspominam jego nazwisko, tylekroć powraca zaraz obraz Amanu i  Śródziemia; Beleriandu, Eriadoru i Rhovanionu; Gór Mglistych i straszliwych lasów szemrzących dawną mową, dróg wijących się ku przygodzie, królestw chylących się ku upadkowi i małych istot, na barkach których spoczywa los świata. Lecz Tolkien nie jest wielki dlatego jedynie, że stworzył świat rozległy, misterny i pełen cudowności. Wielki jest dlatego, że pod osłoną baśni powiedział prawdę o człowieku. A prawda ta brzmi dziś może jeszcze donośniej niż w czasie, gdy jego księgi po raz pierwszy ujrzały światło dzienne.

Dlaczego więc Tolkien? Dlaczego właśnie do niego wracają ludzie zmęczeni hałasem współczesności, jałowością bieżących sporów, duchową mizerią świata, czy jazgotem ludzi, którzy który zbyt wiele umieją, a zbyt mało rozumieją? Tolkien jest naszym Homerem, to on niesie nadzieję oddzielając światło od mroku. Mocuje się z brzemieniem nowoczesności i na kartach swych dzieł krzyczy „nie przejdziesz” i wreszcie mierzy się niezwykłą powagą z tajemnicą dobra i zła, prawdy i fałszu, piękna i brzydoty. On zwraca nam nasze dziedzictwo i pokazując, że jest wciąż żywe.

Tolkien Homerem

Nie jest przesadą nazwać Tolkiena współczesnym Homerem. W istocie rzeczy istnieje między nimi pokrewieństwo głębsze aniżeli zewnętrzne podobieństwo wielkiej opowieści. Homer nie był przecie jedynie bajarzem o wojnie pod Troją i o tułaczce Odyseusza. Był pieśniarzem świata Greków, w którym człowiek staje wobec losu, chwały, klęski, wierności i śmierci. Wreszcie był nauczycielem starożytnych. Podobnie Tolkien – on również nie pisał tylko o smokach, pierścieniach i bitwach. Pisał o tym, co dzieje się z duszą ludzką, gdy zostaje wezwana do próby i to w sposób najpiękniejszy i najbardziej subtelny.

Jak u Homera, tak i u Tolkiena czuć oddech dawnych wieków. Jest tam pamięć rodów, majestat imion, wzniosłość przysięgi, ciężar dziedzictwa. Przeszłość nie jest ozdobą, igraszką rozumu czy wiatrem – lecz przestrogą, brzemieniem i w pewnym sensie losem. Człowiek Tolkienowski nie rodzi się na pustkowiu czasu; wchodzi w dzieje już rozpoczęte, w świat, który istniał przed nim i będzie trwał po nim. We Władcy Pierścieni wizyta Bractwa Pierścienia w Lothlórien pokazuje ciężar przeszłości. To bardzo wielka nauka dla wieku naszego, tak często zakochanego w złudzeniu, iż każda generacja może zacząć wszystko od nowa, jakby nie miała ojców, mistrzów ni ruin po dawnych błędach. Przemierzając w trzeciej erze drogę z Shire do Amon Amarth towarzyszy nam melancholia i czujemy pustkę wraz z odkrywaniem śladów minionych wieków. 

A jednak Tolkien idzie dalej niż Homer. W jego epopei centrum świata nie zajmuje heros o spiżowym ramieniu, lecz istota mała, niepozorna, niemal śmieszna w oczach możnych. Hobbit — miłujący spokój, prosty posiłek i zacisze własnego domu — okazuje się zdolny unieść ciężar, pod którym załamałby się niejeden wielki pan. Oto jedna z najpiękniejszych intuicji Tolkiena: historia świata zależy nie tylko od potężnych, lecz i od cichych; nie tylko od wielkich wodzów, lecz i od tych, którzy nigdy nie marzyli o sławie.

W tym sensie Tolkien jest Homerem dla czasu po wielkich imperiach, dla epoki nieufnej wobec pychy triumfatorów. Śpiewa o wielkości, ale wielkość tę odnajduje nie wyłącznie w koronie i mieczu, lecz także w cierpliwości, litości i wierności. W tym sensie Tolkien jest Homerem czasów chrześcijańskich.

Niosący nadzieję

Jeśli jednak cokolwiek sprawia, że Tolkien pozostaje pisarzem tak potrzebnym, to nie sam rozmach jego wyobraźni, lecz szczególny rodzaj nadziei, jaki niesie. Nie jest to nadzieja tania, nie jest to uśmiech pocieszyciela, który obiecuje, iż wszystko samo się ułoży. Tolkien nie karmi czytelnika dziecięcą iluzją, że świat jest w gruncie rzeczy bezpieczny i łagodny. Przeciwnie — jego świat jest naznaczony stratą, bólem, wojną, pokusą, rozłąką i nieodwracalnością niektórych ran.

A przecież właśnie pośród tej ciemności rozbłyskuje światło najczystsze. Tak jak blask Eärendila, który w najczarniejszym momencie Wojny Gniewu pojawił się na niebie i strącił Ancalagona Czarnego. Nadzieja u Tolkiena nie rodzi się z łatwości, lecz z wierności. Jest cnotą, nie nastrojem. Jest decyzją duszy, aby nie zdradzić dobra nawet wówczas, gdy rozum nie umie już dowieść, że dobro zwycięży. Sam nie wie, czy doczeka szczęśliwego końca, ale idzie. Frodo nie ma pewności, że dotrze do kresu drogi, lecz niesie swój ciężar. Aragorn długo trwa w cieniu, nie wiedząc, czy jego dziedzictwo oznacza triumf, czy raczej służbę i ból. Nadzieja Tolkienowska nie jest ślepym optymizmem; jest męstwem serca, lekcją pokory dla możnych i zachętą dla małych.

W tym tkwi wielkość nadziei. Świat współczesny nauczył się dwóch rzeczy nader skutecznie: zwątpienia i ironii. Umie podważyć niemal każdą wartość, wyszydzić każdą wzniosłość, rozbroić każdą powagę. A jednak człowiek nie może żyć samą drwiną. Dusza, choćby najbardziej nowoczesna, pragnie sensu, który nie rozpada się pod naciskiem pierwszego cierpienia. Tolkien ten sens przywraca. Mówi nam, że nawet w epoce mroku dobro nie staje się głupotą, a wierność nie bywa daremna tylko dlatego, że jest kosztowna.

W jego dziełach szczególnie przejmujące jest to, iż zwycięstwo nigdy nie bywa pełne w sposób dziecinny. Po ocaleniu przychodzi smutek, po końcu wojny — płacz, po triumfie — cisza, w której mocniej słychać to, co utracone. I właśnie dlatego nadzieja Tolkiena jest wiarygodna. Nie udaje, że zło nic nie znaczyło i nie wpaja w dziecinnego optymizmu. Pokazuje raczej, że zło nie jest ostatnim słowem dziejów.

Tolkien i brzemię współczesności

Nieraz sądzi się pochopnie, iż Tolkien był tylko piewcą przeszłości, nieprzystającym do świata maszyn, przemysłu, przyspieszenia i wielkich kataklizmów XX wieku. To niesprawiedliwość. Tolkien nie odwracał oczu od współczesności; przeciwnie, nosił ją w sobie jak ranę. Widział wojnę i śmierć. Znał doświadczenie świata, który utracił niewinność. I dlatego właśnie umiał tak przenikliwie opisać niebezpieczeństwa nowoczesnego ducha.

Jednym z nich jest pokusa skuteczności oderwanej od mądrości. Saruman nie jest przecie zwykłym złoczyńcą z melodramatu. To człowiek wielce uzdolniony, rozumny, wykształcony, obdarzony potężnym umysłem — i właśnie dlatego jego upadek jest tak straszny. Nie niszczy go głupota, lecz pycha rozumu, który chciałby panować nad światem, nie klękając przed żadnym ładem wyższym od siebie. Saruman wierzy w organizację, w technikę, w siłę narzędzia. Przestaje wierzyć w świętość istnienia. Czyż nie jest to postać osobliwie nam bliska?

Także Jedyny Pierścień wyrasta ponad ramy baśniowego rekwizytu. Jest obrazem tej pokusy, która nawiedza wszystkie czasy, lecz w naszych zdaje się szczególnie żywa: pragnienia władzy absolutnej, przekonania, że istnieje środek, dzięki któremu można raz na zawsze narzucić światu porządek. Tolkien wiedział, że taka żądza, choćby zrodziła się pod pozorem dobrych intencji, prowadzi do skażenia duszy. Nie da się ocalić świata przy pomocy narzędzia, które zatruwa tego, kto po nie sięga.

Nie znaczy to wszakże, że Tolkien był prostym wrogiem nowoczesności. Nie chodziło mu o tani lament nad przeszłością ani o sentymentalne marzenie, by czas zatrzymał się wśród wiejskich wzgórz. Jego przestroga jest subtelniejsza i bardziej surowa: postęp, który nie zna miary moralnej, staje się biegiem ku przepaści. Człowiek może coraz sprawniej kształtować materię świata, a równocześnie coraz mniej panować nad własnym sercem. Może budować potężne królestwa z żelaza i szkła, a utracić zdolność rozpoznawania dobra.

Tolkien i zło

Wreszcie Tolkien jako filozof. Nie filozof szkolny, nie budowniczy systemów, lecz myśliciel prawdziwy, bo pytający o rzeczy ostateczne. Niewielu pisarzy nowoczesnych tak poważnie potraktowało problem zła.

U Tolkiena zło nie jest równorzędną siłą twórczą, stojącą naprzeciw dobra jak drugi bóg. Zło nie stwarza, lecz psuje. Nie rodzi bytu, lecz go kaleczy. Pasożytuje na rzeczywistości, jest karykaturą ładu, cieniem rzucanym na to, co pierwotnie dobre. Dlatego właśnie świat mroku w jego dziełach jest tak jałowy, tak pozbawiony prawdziwej płodności i piękna. Zło może zagarnąć, spalić, zbezcześcić, zniewolić — lecz nie może dać istnieniu pełni.

To myśl wielkiej wagi, albowiem odrzuca zarówno tani dualizm, nieznośny realizm, jak i naiwną pobłażliwość. Tolkien nie mówi: zło jest złudzeniem. Bynajmniej! Zło jest prawdziwe i potężne w swoim niszczeniu. Rani duszę, deformuje wolę, zakaża pragnienia. Lecz jego moc nie jest mocą twórczą, tylko niszczącą. Mordor jest dlatego tak straszliwy, że stanowi parodię królestwa. Orkowie są straszliwi, bo są karykaturą stworzenia. Sauron jest potężny, lecz jego potęga jest bezpłodna.

Najcenniejsze bodaj jest jednak to, iż Tolkien nie umieszcza zła wyłącznie na zewnątrz człowieka. Ono przechodzi przez serce. Boromir upada nie dlatego, że jest potworem, lecz dlatego, że chce dobra zbyt gwałtownie, zbyt po ludzku, zbyt pysznie. Gollum zaś pozostaje jednym z najbardziej przejmujących obrazów istoty zniszczonej przez grzech, a zarazem nie do końca pozbawionej śladu dawnego człowieczeństwa. Właśnie dlatego budzi grozę i litość zarazem. Saruman upadł, bo chciał potęgi – a nie jemu była ona pisana. Sauron – jeszcze jako Mairon, chciał planować i ulepszać świat – chciał ładu, gdy zaś Morgoth go zdeprawował i stał się Sauronem – pragnął gwałtem swe plany wcielić w życie, chciał aby świat nagiął się do jego woli, stał się tyranem doskonałym. Wreszcie najpotworniejsze i najtragiczniejsze zło – Morgoth pełen pychy, zazdrości wobec Ilúvatara oraz pragnienia metafizycznej władzy i możliwości tworzenia swojego świata. Jako najpotężniejszy z Ainurów, nie zniósł podporządkowania się i znienawidził piękna Ainulindalë. Nawet po swym buncie nie był w stanie nic stworzyć jeno wypaczać i plugawić, przeto zapragnął unicestwić byt jako taki. Czemu zatem Morgoth jest taki potworny, bo to najmroczniejsza część naszej duszy…

Jednak nade wszystko Tolkien podkreśla rolę miłosierdzia. To jedna z najgłębszych lekcji jego dzieła. Sprawiedliwość sama nie wystarcza, aby ocalić świat. Są chwile, w których o losie wszystkich rozstrzyga akt litości okazanej temu, kto na nią zdaje się nie zasługiwać. Gdyby nie oszczędzono Golluma, dzieje Śródziemia mogłyby zakończyć się inaczej. Jest w tym myśl bardzo głęboka: człowiek nie panuje nad historią wyłącznie mocą własnej cnoty; czasem największą siłą okazuje się to, co świat uważa za słabość.

Dlaczego więc Tolkien?

Dlatego, że przypomina prawdziwą miarę rzeczy. Dlatego, że mówi o honorze bez śmieszności, o cnocie bez moralizatorstwa, o nadziei bez ckliwości, o złu bez taniej rozpaczy. Dlatego, że w czasach rozproszenia przywraca skupienie, w czasach ironii — powagę, w czasach duchowej ciasnoty — oddech wielkiej opowieści.

Czy jest staroświecki? Owszem — i nie ma w tym nic uwłaczającego. Są bowiem staroświeckości nikczemne i martwe, ale jest też staroświeckość szlachetna: taka, która nie pozwala szydzić z rzeczy wielkich tylko dlatego, że są wielkie. Tolkien należy do tej drugiej. Nie wstydzi się mówić o męstwie, wierności, królewskości duszy, o obowiązku i łasce. A współczesny czytelnik, choć nie zawsze chce się do tego przyznać, łaknie właśnie takich słów. W czasach małości i pospolitości – potrzebujemy tych, którzy nas wydźwigną ku gwiazdom.

Tolkien nie jest pisarzem ucieczki. Jest pisarzem powrotu — powrotu do źródeł ludzkości: prawdy i dobra; powrotu do pytań zasadniczych. Kim jest człowiek? Czym jest dobro? Dlaczego zło kusi? Co ocala świat? Skąd bierze się nadzieja, skoro wszystko wokół zdaje się chylić ku zmierzchowi?

Dlatego Tolkien. Bo ma odwagę przypominać, że nawet najmniejszy człowiek może unieść ciężar epoki i świata. Że miłosierdzie bywa słuszniejsze niż gniew, że zło jest straszliwe, lecz nie ostateczne. Pośród ciemności, jeśli tylko nie zdradzi się dobra, może jeszcze zapłonąć światło. A światło to, choćby nie było wielkie, wystarcza nieraz, by człowiek nie zabłądził! Kochać świat i człowieka, dźwigać ciężar przeszłości i składać głos ku pieśni wieczności…

DLATEGO TOLKIEN

Więcej tekstów autora znajdziesz tutaj.