Ułatwienia dostępu

Tegoroczna konferencja w Davos potwierdziła to, czego należało się spodziewać: spora część globalnych elit dalej chce ciągnąć spin-off serialu pod tytułem „Ratujemy planetę” z tkankopodobną masą z piekła rodem w roli głównej. Nie to, że w dbaniu o planetę jest coś złego, tylko że jeśli złapie się głęboki oddech i popatrzy z boku na proponowane rozwiązania, to przytłaczająca większość z nich wygląda jak zapijanie kaca spirytusem – oczywiście to ma sens dla producentów takiego spirytusu. W jednym z paneli, które przeszły już do internetowego obiegu, przedstawiciele biznesu i instytucji międzynarodowych z kamienną twarzą tłumaczyli, że mimo masowego sprzeciwu społecznego, mięso hodowane w laboratoriach jest nieuniknioną przyszłością, bo tak wynika z modeli. A modele, jak wiadomo, nigdy się nie mylą.

Nie jest ważne, ile razy plebs skromnie podziękuje, głosując portfelem na zacofanego kotleta z pierdzącego, taplającego się w błocie prosiaka. Nie jest ważne, że sprzedaż produktów z próbówki po bardzo krótkim entuzjazmie – prawdopodobnie wywołanym zwykłą ludzką ciekawością – kończyła się marnowaniem się tych produktów (a przecież walka z marnotrawstwem do jeden z Celów Zrównoważonego Rozwoju, no więc jak to tak!). W Davos – i w podobnych miejscach, gdzie świat naprawia się przy tłustych skrzydełkach w sosie BBQ i prywatnych odrzutowcach, wciąż panuje przekonanie, że problemem nie jest pomysł, tylko są nim konsumenci, ludzie – nooo, my. Tępa masa, zaplute karły reakcji, troglodyci, zaścianek itd. Że taką właśnie opinię o większości konsumentów gardzących delikatesami z laboratorium mają władcy tego świata, pozwolę sobie wskazać jakich argumentów używali.

W trakcie konferencji padło kilka zdań, które warto zapamiętać. Jedno z nich sprowadzało się do tezy, że opór konsumentów wobec mięsa z próbówki jest wyłącznie „kulturowy” i „emocjonalny” (troglodyci, nie myślą). Drugie – że białko zwierzęce odpowiada za ogromną część śladu środowiskowego rolnictwa, więc logicznym rozwiązaniem jest… zastąpienie zwierząt przemysłową produkcją komórek w bioreaktorach. Na slajdach wygląda to sztos.  Problem w tym, że Davos od lat myli PowerPointa z rzeczywistością. Bo mięso z próbówki, podobnie jak cała fala „alternatywnych” produktów udających mięso, nie jest żadnym powrotem do natury ani kulinarnym oświeceniem. To wysoko przetworzona żywność w najczystszej postaci: białka izolowane, frakcjonowane tłuszcze, pożywki, stabilizatory, regulatory smaku i procesy technologiczne, których przeciętny konsument nie potrafiłby nawet wymienić (ja też nie), nie mówiąc już o zrozumieniu. Zawsze jak słyszę o tych rozwiązaniach, które mają nas ochronić przed śladem węglowym, od razu przychodzą mi do głowy naturalne metody sekwestracji węgla (które uznaje nawet UE czy ONZ’owskie FAO, chociaż teoretycznie wybrani przez nas urzędnicy nie lubią o tym pamiętać – a może rzeczywiście nikt ich o tym nie poinformował), czy to że „krowy pierdzą i bekają”, bo są paszone nie tym, czym powinny (czyli głównie trawą, jak mają to w swojej naturze przeżuwacze), tylko przeważnie soją i kukurydzą, bo łatwiej jest zapanować nad masowością jej produkcji. Zresztą tak samo jak i my, bo zarówno zwierzęta hodowlane, jak i nas, sojusz tronu i ołtarza (w naszych globalnym demoliberalizmie oczywiście tronem jest miłościwie panujący, demokratycznie wybrany rząd a ołtarzem szczodre i dbające o nas korporacje) pasie owocami tanich, łatwych w produkcji monokultur (szkoda, że także wyjaławiających gleby i – no właśnie – niszczących środowisko). Głosy, które podnoszą te przecież szeroko znane i ogólnie, poza gorączkowym ratowaniem planety, uznawane argumenty często już w tym konkretnym kontekście są wyśmiewane, pomimo skuteczności ich metod hodowli oraz regeneratywnych skutków ich działań dla środowiska (np. Allan Savory, czy Joe Salatin).

Jest tak dlatego, że demoliberalny tron i ołtarz, zgromadzony w czasie swoich dorocznych saturnaliów w Davos, nie chce zauważać, bo byłoby to niebezpieczne dla płynności finansowej i wyników kwartalnych. Wysoko przetworzona żywność jest dziś jednym z głównych podejrzanych w sprawie chorób cywilizacyjnych. Otyłość, cukrzyca typu 2, choroby sercowo‑naczyniowe, zaburzenia metaboliczne, i już nie kontynuuję wyliczanki bo lista jest o wiele dłuższa. W środowisku dietetyków i ekspertów żywieniowych panuje zaskakująco szeroka zgoda co do jednego: im bardziej przemysłowo „ulepszone” jedzenie, tym gorzej dla zdrowia. A jednak odpowiedzią tychże elit na ten problem jest… jeszcze więcej technologii na talerzu. W Davos nie padło ani jedno pytanie o to, jak taka żywność wpisuje się w realne rekomendacje zdrowotne. Nie padło też pytanie o długoterminowe skutki metaboliczne diety opartej na syntetycznych zamiennikach. Za to wyraźnie wybrzmiała sugestia, że krytyka takich produktów – w tym krytyka dodatków, emulgatorów czy rafinowanych tłuszczów roślinnych – jest groźna, bo może „zniechęcać konsumentów” i „utrudniać transformację”. Czyli: zdrowie zdrowiem, ale hajs musi się zgadzać.

Co ciekawe, ta sama konferencja odbywała się w momencie, gdy w części stanów USA wprowadzane są zakazy lub ograniczenia dotyczące produkcji i sprzedaży mięsa hodowanego komórkowo. To fakt, który w Davos potraktowano jak drobną przeszkodę administracyjną, a nie jak sygnał, że lepiej zaniechać prób karmienia nas tajemniczym mięsem. Dlaczego tak jest? Badań na ten temat nie prowadziłem, ale mam swoje podejrzenia. Myślę, że ludzie intuicyjnie rozumieją, że mięso z próbówki to nie jest alternatywa dla wysoko przetworzonej żywności, tylko jej kolejna, bardziej zaawansowana forma, a na pewno nie jest to alternatywa dla mięsa (pomijając, że ono też mogłoby być produkowane zdrowiej, a czasem nawet etyczniej). Jednak bardzo ważni inwestorzy i urzędnicy, którym spadają okruchy z pańskiego stołu, z jednej strony straszą epidemią chorób wynikających z diety, z drugiej proponują rozwiązanie oparte dokładnie na tych samych mechanizmach przemysłowych, które do tej epidemii doprowadziły.

Próby przepchnięcia sztucznego mięsa trwają od lat i, wygląda na to, że możemy spodziewać się jeszcze intensywniejszej propagandy i zachęt do jego konsumpcji. Od lat obserwujemy intensywne kampanie medialne, napływ kapitału instytucjonalnego i zagrywki, mające oswoić konsumentów z nową normalnością. Póki co, na szczęście, efekt jest mizerny. Cztery lata temu współopublikowałem artykuł, w którym wskazywaliśmy, że nawet nakręcanie rynku na tajemnicze mięso nie zachęciło mniejszych inwestorów, i doprowadziło do klapy pierwszej fali zalania najpierw giełd papierów wartościowych, a w konsekwencji długoterminowo rynków spożywczych. Ponadto, mimo ogromnych inwestycji i medialnej pompy, popyt konsumencki szybko się wypala, a zainteresowanie spada. Z perspektywy czasu uważam, że władcy tego świata mądrze zrobili (ze swojej perspektywy, tak jak to robi zły geniusz z kreskówek) próbując wyczuć rynek, nie pakując własnych ogromnych funduszy w dofinansowywanie projektu pseudo-mięsa jak horroru z lat 80. Zrobili to w miarę bezpiecznie, licząc na to, że „ulica” pomoże im przepchnąć zarówno propagandę, jak i dofinansowanie badań i nakręcanie podaży. Nie udało im się to, ale dlatego myślę, że teraz możemy spodziewać się ogromnych nakładów finansowych właśnie od tych inwestorów, którzy wiedzą, że nie mają co liczyć na maluchów, i jeśli chcą nam zatkać paszcze kosmicznymi klopsami, to muszą zrobić to samemu. Przemysł prawdziwego mięsa będzie coraz bardziej niszczony i oczerniany, tak jak to zresztą się dzieje od lat, i ja sam spodziewam się, że wiele osób w końcu wybierze plastikowe kotlety ze względu na kurczącą się podaż prawdziwego mięsa i tym samym wzrost jego cen. Ale to jeszcze zobaczymy, może i ta „runda” spali na panewce.

No i tak na koniec, umówmy się – elity nadal jedzą żywność wysokiej jakości, najlepiej lokalną i jak najmniej przetworzoną, czyli ci, którzy sztuczne mięso nam reklamują, sami nie chcą tego jeść. Pasza jest dla mas. Dla nich – stejki po panelu. To tak jak z lataniem samolotem – nam na Ryanaira z ciasnym miejscem na nogi żałują, a sami latają odrzutowcami. Niektórzy powiedzą, że to są piękne wizje, które nie przystają do rzeczywistości. Nie, ja powiem, że są to dziwne wizje, które coraz bardziej przypominają kulinarny horror a la „Zielona Pożywka” (Soylent Green) z Charltonem Hestonem (fajny film, polecam).I być może właśnie dlatego, mimo całej tej konferencyjnej pewności siebie, mięso z próbówki wciąż pozostaje tym, czym było od początku: ambitnym projektem elit, który nijak nie chce zostać obiadem większości.

Więcej artykułów autora.