Ułatwienia dostępu

To nie był przyjemny początek roku. W sobotę, 3 stycznia część Berlina ogarnęły ciemności. Pożar infrastruktury energetycznej na moście kablowym nad kanałem Tetlow spowodował, że prąd przestał docierać do niemal 50 tysięcy gospodarstw domowych oraz ponad 2 tysięcy przedsiębiorstw i miejsc użyteczności publicznej. Do sabotażu szybko przyznała się anarchistyczna grupa Vulkan, motywując go troską o środowisko. To nie jest jej pierwszy atak, a historia ataków terrorystycznych spod zielonej flagi „ochrony przyrody” ma długą tradycję. Dlaczego skrajna lewica jest znacznie silniejsza u naszego zachodniego sąsiada, co państwo próbuje z tym zrobić i co ma z tym wspólnego Rosja?

Anatomia problemu

Jak to właściwie możliwe, że w stolicy kraju uważającego się za najpotężniejsze państwo Europy dochodzi do ataku na infrastrukturę krytyczną, a służby wciąż (w momencie pisania tego tekstu) nie mają pojęcia, kto personalnie za tym stoi? Gdyby nie szybkie i dumne przyznanie się do winy przez konkretną organizacji, kto wie, jak długo by szukano po omacku choćby punktu zaczepienia. Sytuacja ta – nie pierwsza w ostatnim czasie, ale najbardziej widowiskowa i dotykająca zwykłych ludzi – jest wynikiem zsumowania się kilku czynników.

Pierwszym z nich jest sam fakt istnienia niewystarczająco chronionej infrastruktury krytycznej. Władze Berlina dumnie mówią, że 99% sieci energetycznej w mieście biegnie pod ziemią. Pozostały 1% jest ponad jej powierzchnią trochę z konieczności, trochę z braku modernizacji – oficjalnie całość ma być bezpiecznie ukryta przed sabotażystami. Powstaje jednak pytanie, jak to możliwe, że osoby niepowołane zdołały dostać się do tak ważnego z punktu widzenia bezpieczeństwa miejsca, jak most kablowy? Zapewne zawiodły zabezpieczenia. Pewien wgląd w ten delikatny problem dało wzajemnie przerzucanie się oskarżeniami przez służby policyjne, energetyczne, miejsce i państwowe. Wytknięto bowiem, że miejsca wrażliwe… nie posiadają monitoringu! Policja mówi wprost, że to zaniedbanie absurdalne, do tego znacząco utrudniające pracę śledczym. Mała dygresja: obecna technologia pozwala na częściową identyfikację sprawcy przestępstwa z monitoringu nawet, gdy ma zakrytą twarz i inne cechy charakterystyczne, na podstawie cech jak wzrost, budowa ciała czy sposób poruszania się.

Mamy więc możliwość, pozostają sprawcy. Grupa Vulkan (Vulkangruppe) to nie żółtodzioby. Ocenia się, że są aktywni od co najmniej 2011 roku – choć działając pod różnymi nazwami, to w praktyce w tych samych strukturach. Mają na koncie między innymi ataki na infrastrukturę kolejową (2011), energetyczną (2018, 2025, 2026), firmy związane z nowoczesną technologią (2020, 2021, 2024). Można rzecz, że mierzą wysoko, bo atak w 2024 roku był skierowany przeciwko Tesli, a do ataku odniósł się sam Elon Musk. Natomiast ten z 2020 roku dotknął firmę pracującą nad aplikacją do monitorowania obywateli w związku z covidowym lockdownem. Doświadczeni w działaniach nie tylko z perspektywy samych ataków, ale również – jak się wydaje – unikania odpowiedzialności. Media bowiem milczą na temat schwytania sprawców, nie mówiąc o postawieniu ich przed sądem i skutecznym ukaraniu.

Rozbić wszystko w pył

Jakimi motywacjami kierowali się sprawcy? Jak każdy terroryzm, ten również ma podbudowę ideologiczną. Pewien wgląd daje manifest, opublikowany przez grupę (dostępy tutaj w języku niemieckim). Wychodzą z przekonania, że działalność człowieka ma destrukcyjny wpływ na środowisko naturalne, a głównymi winnymi są ludzie bogaci – przepełnieni chciwością, konsumpcjonizmem i potrzebą władzy. Uderzają w system pozyskiwania energii oparty na węglu, ale z aktualnym zacięciem: za szczególnie niebezpieczne uważają systemy AI, wyjątkowo silnie pochłaniające zasoby naturalne. Skrytykowana została również polityka odsuwania neutralności klimatycznej w czasie, obrót ropą naftową i gazem ziemnym, patriarchat i rasizm Chin, szowinizm bogaczy ze Stanów… Manifest kończy się wezwaniem do podjęcia podobnej walki w innych miejscach świata, ponieważ pokojowe wezwania do zmiany nie przynoszą wymiernych skutków.

Jeśli, drogi Czytelniku, zestawienie to zostawiło chaos w twojej głowie, nie czuj się z tym źle. Radykalna lewica, a szczególnie anarchizm insurekcjonistyczny (bo to tej grupy można zaliczyć działalność Vulkangruppe) jest właśnie taka. Łączy w sobie lewicowe rozumienie świata, relacji narodowych i klasowych, mieszając je i znajdując licznych wrogów w całym obecnie systemie władzy. Anarchizm – bo wychodzi z założenia, że do sprawiedliwości potrzebne jest rozbicie tych struktur z państwami i korporacjami na czele, jako głównymi nośnikami przemocy. Insurekcjonizm – swoista kalka językowa, prawidłowo kojarzona z powstaniami. Jednak nie są to powstania narodowe, a skupiające się na działalności zbrojnej, wręcz zbrodniczej, dla niepoznaki nazwanej akcją bezpośrednią.

Nie są pierwszą grupą, która przemocą stara się zmienić politykę na bardziej „przyjazną środowisku” – we własnym rozumieniu. Ekoterroryzm i radical environmentalism (nazwa nie ma jednoznacznego tłumaczenia na język polski) mają długą historię. Podbudowa ideologiczna powstała w latach 60, a już dekadę później działalność rozpoczął Animal Liberation Front (Front Wyzwolenia Zwierząt), skupiający się na przemyśle związanym ze zwierzętami. Lata 90 przyniosły aktywność Earth Liberation Front (Front Wyzwolenia Ziemi) uderzający w to, co jego uczestnicy rozumieli jako niszczące planetę: uprawy GMO, produkcję energii z paliw kopalnych, wylesianie czy istnienie SUVów. Obie grupy, a także liczni naśladowcy działający pod innymi szyldami podejmowali zarówno akcje bez wykorzystania przemocy, jak i typowe zamachy terrorystyczne: uprowadzenia, podpalenia, zamachy bombowe. W Polsce mało znane, w krajach Zachodu wprowadziły wiele zamieszania. W większości rozbite, od czasu do czasu wciąż rezonują. Przykładowo w 2020 roku w Aspen w USA sprawca uszkodzenia linii ciepłowniczej, przez co ponad 3 tysiące osób zostało pozbawionych ciepła, napisał na miejscu ataku „Earth First!”, nazwę jednej z takich organizacji.

Hipokryzja i dziwne powiązania

Przenieśmy się do współczesności. Istotnym aspektem ataku sprzed kilku dni jest fakt, iż uderza w podstawowy element bezpieczeństwa narodowego, jakim jest zapewnienie dostaw prądu. Można zaśmiać się z hipokryzji sprawców, którzy w manifeście zaznaczyli, że ich celem nie było pozbawienie ludzi ciepła, a chcieli przede wszystkim uderzyć w bogaczy – tych biedniejszych, którzy dostali niejako rykoszetem, przepraszają. Efekt jest jednak taki, że awaria wciąż nie została usunięta, tysiące ludzi nie ma dostępu nie tylko do prądu, ale również ciepła, ponieważ nie działają przepompownie wody na wyższe piętra. Miasto uruchomiło zapasowe reflektory na spowitych mrokiem ulicach, punkty dogrzewania i ładowania sprzętu elektrycznego. Jakie będą długotrwałe efekty tej awarii dopiero się okaże – uszkodzenia wtórne infrastruktury mogą być jeszcze bardziej kosztowne, niż obecne straty, a tych wciąż nie oszacowano.

Jak wspomniano, nie jest to pierwszy atak tej grupy. Z tego względu organizacja jest na celowniku różnego rodzaju służb badających terroryzm i mających go zwalczać. Jak wynika z raportu Europolu opublikowanego w 2022 roku, liczba ataków ze strony struktur zaliczonych do skrajnie lewicowych i anarchistycznych spada w perspektywie kilkuletniej. Jednak niepokojąca jest szeroka sieć powiązań, wielokierunkowe działanie, paramilitarny kierunek i bezkompromisowość działań. Interesujące jest to, że część z akcji była skierowana przeciwko masztom 5G i infrastrukturze służącej do monitorowania obywateli w związku z covidowym lockdownem – działaniami u nas skojarzonymi wyłącznie z prawicą, i to nazywają szurską. Liczne „akcje bezpośrednie”, nierzadko kończące się rozlewem krwi i uszkodzeniem mienia, wyglądają za granicą zupełnie inaczej, niż w Polsce. Nasze organizacje co najwyżej maszerują, wykrzykując hasła, a w najbardziej śmiałych działaniach sprayują po budynkach policji i Straży Granicznej. Bodaj najbardziej śmiała akcja została przeprowadzona kilka lat temu we Wrocławiu i polegała na zablokowaniu kilku bankomatów i parkomatów pianką montażową – miało to uderzyć w „wielki kapitał”, skończyło się na wściekłości zwykłych ludzi.

Jak wspomniano w raporcie Europolu, grupy anarchistyczne z jednej strony są dobrze zorganizowane i powiązane więzami współpracy, z drugiej nie są bezpośrednio zrzeszone w konkretne, polityczne organizacje (przynajmniej nie wprost). Opierają się raczej na wspólnych wartościach, jak antyfaszyzm, antyrasizm (w tym ruchy BLM), antykapitalizm czy antykolonializm. Nie znaczy to, że nie wspierają się wzajemnie. Choćby istnieje sieć Anarchistycznego Czarnego Krzyża, organizacji wspierającej więźniów – kiedyś przez dostarczanie im potrzebnych rzeczy do przetrwania za kratami, dziś zbierająca fundusze na prawników i lobbing. Przynajmniej formalnie, bo jak to w dużych organizacjach pod tę drugą kategorię działalności wiele można podpiąć. Przykładowo w Niemczech działa Rote Hilfe (Czerwona Pomoc), której konta bankowe zostały pod koniec zeszłego roku zamknięte i przejęte. Ma to związek z procesem grupy Antifa-East, wpisanej na listę organizacji terrorystycznych. Sami zainteresowani jak zwykle twierdzą, że nie są grupą, więc nie można ich sądzić – jednak ta narracja zdaje się wreszcie sypać. Kwestia finansowania nadal pozostaje tajemnicą dla opinii publicznej.

Pozostaje jeszcze kwestia szczególnie dla nas jako Polaków interesująca, mianowicie powiązania z Rosją. Politycy niemieccy sugerują, że atak na most kablowy, a także inne podobne akcje są bądź to bezpośrednio finansowane, bądź silnie inspirowane przez ten kraj. Na ten moment nie ma jednak ku temu twardych dowodów, ani nawet sensownych przesłanek. Rosji jako krajowi czerpiącemu zyski z handlu paliwami kopalnymi powinno – przynajmniej w teorii – zależeć na tym, by były wykorzystywane jak najdłużej i jak najszerzej (a przy tym były zniesione sankcje na ich sprzedaż). Tymczasem Vulkangruppe opowiada się wprost za dokładnie przeciwnym rozwiązaniem, choć jednocześnie nie podaje alternatyw jak energia atomowa. Wydaje się raczej, że to oskarżenia czysto polityczne, użyteczne do bieżącej walki. Nieco na boku, kilka tygodni temu siedziba polskiego MSZ w Brukseli została pokryta napisami uderzającymi w zabezpieczenie granicy polsko-białoruskiej. Prominientni politycy natychmiast rzucili oskarżenia w stronę Rosji jako sprawcy. Tymczasem kilka dni później do akcji przyznała się nasza swojska grupa anarchistyczna pod nazwą 161 crew – co już nie zostało naprostowane w mainstreamowych mediach.

Ekoterroryzm, choć w znacznie mniejszej skali, nadal stanowi zagrożenie dla bezpieczeństwa krajów. Nie jest to dobra wiadomość, bo oznacza to, że jesteśmy równie bezbronni wobec ataków sabotażystów rosyjskich (co doświadczamy my jako kraj), jak i współobywateli. Tylko jeden atak zaburzył życie dziesiątek tysięcy ludzi, obnażając słabość państwa w bardzo podstawowych kwestiach bezpieczeństwa. Polska może ma szczęście, a może nam się to nie trafiło. Nie należy przy tym pławić się w samozadowoleniu, a potraktować jako dar od losu, by lepiej przygotować się na takie sytuacje – zarówno jako państwo, jak i pojedyncze osoby, rodziny i miasta. Żyjąc w niespokojnych czasach, kiedy ideologie pod różnymi postaciami wdzierają się siłą w nasze życie, bycie gotowym to nie luksus, a konieczność.

Agata Leszczak

By Agata Leszczak

Lekarz medycyny, miłośniczka gór, kolarstwa i literatury, szczególnie historycznej