Ułatwienia dostępu

Dawna Francja została obalona, władza królewska okrojona Konstytucją i osaczona bagnetami przestała straszyć niczym widmo po nocach dzieci Oświecenia. Mogłoby się wydawać, że po pierwszym wybuchu przemocy i pożogi nadszedł czas na dzielenie zdobyczy rewolucji i układanie kraju, wprowadzanie go na bezpieczne i pewne szlaki. A jednak namiętności lewicowych radykałów nie pozostały zaspokojone. Upiór mistrza Rousseau prześladuje ich i nawiedza, rozgniewany niedoprowadzeniem rewolucji do końca. Co o dalszych losach rewolucji francuskiej, politycznych intrygach i ludzkiej namiętności opowiada Teodor Jeske-Choiński? Zapraszam do lektury recenzji Jakobinów.

Nowi ludzie – nowy świat.

Powieść zaczyna się od przedstawienia dwojga młodych ludzi. Panny Ireny Legrand, córki zamożnego właściciela winnic i kawalera Armando Grandjeana, jakobina-idealisty, który szczerze wierzy w utopijną wizję Rousseau i marzy o jej urzeczywistnieniu. Podobnie jak w pierwszej części trylogii o rewolucji, Błyskawicach, między młodymi wisi miłość, której losy przeplatają się z wydarzeniami dziejowymi. Lecz o tym będzie w dalszym miejscu recenzji. Oboje są nowymi ludźmi, to znaczy beneficjentami awansu społecznego po obaleniu feudalnych struktur, żyjącymi we wciąż tlących się żarach zawieruchy, jaka przeszła przez Francję.

Świat, który Choiński zarysował w poprzedniej powieści bezpowrotnie zniknął. Miejsce salonów francuskich, gdzie zblazowana szlachta bawiła się (na własną zgubę) w filozofów zajęły wiece jakobinów, ich wieczorne spotkania w opuszczonych domostwach, kościele, czy nowych salonach. Zarazem nie można powiedzieć, by nowa rzeczywistość znacząco odbiegała od starej, w dalszej części powieści czytamy o tym jak jakobini świętujący sukcesy polityczne rekonstruują zachowania śmietanki towarzyskiej, którą zepchnęli ze świecznika. Szalejący lud, podburzany przez demagogów i opłacanych klakierów wciąż złowrogo krąży ulicami Paryża, już nie głodny chleba a samych igrzysk. Król Ludwik XVI także jest już innym człowiekiem. Wciąż tak samo słabym, lecz naznaczonym krzyżem upokorzenia, dźwigającym ciężary i troski na plecach. Przez całą powieść właściwie śledzimy go w uwięzieniu, gdzie wraz z rodziną wyczekuje na rozstrzygnięcie swej doli. Czytelnicy już ją znają – jest ona, wszakże niezmiennym punktem historii – literacka wersja rodziny królewskiej przeczuwa jej widmo, co widzimy raz po raz. 

Należałoby powiedzieć, że nieliczni odnaleźli szczęście w świecie post rewolucyjnym. Rojaliści są zahukani i strwożeni, moderaci (umiarkowani przedstawiciele Zgromadzenia Narodowego) i jakobini (lewica umiarkowana, uczniowie Jakuba Jana Rousseau) przeczuwają na karkach pocałunek gilotyny, zlecony przez Górę (radykalną lewicę). Interesująco ukazał nasz autor naród francuski, to znaczy jego niższe warstwy. Rzemieślnicy i biedota mieli być beneficjentami rewolucji. Zgodnie z myślą Rousseau należała im się wszechwładza, realizowana przez przedstawicieli w Zgromadzeniu, ale dość szybko okazało się, że idea nie chce stać się ciałem. Choiński obrazuje lud jako żywioł, siłę, którą łatwo jest podjudzić (co chętnie czynią jakobini), ale gdy ta się rozrusza staje się jak wieloręka i wielogłowa bestia, żądna krwi. Jego rozpędzona masa przewala się z siłą żywiołu, pobudzona polityczną agitacją. Bo należy zaznaczyć, że autor rysując psychologię tłumu dostrzega rolę politycznej propagandy, która podjudza go do działania, nie mogąc później nad nim zapanować.

Miłość w czasie niepokoju

Przywołani wyżej Armando i Irena to już druga fikcyjna para, stworzona przez Choińskiego, na potrzeby cyklu o rewolucji francuskiej. Można powiedzieć, że jest to klasyczna historia miłosna – młodzi zakochani, ojciec niechętny amantowi i zabraniający córce kontaktu z nim, a w tle wiekopomne wydarzenia historyczne. A jednak jest to najsłabszy element dobrej w powieści. Dlaczego?

Przede wszystkim wydaje się, że sam autor nie do końca wiedział co zrobić z tymi postaciami. Owszem, Armando jako poseł jakobiński, dostarcza nam wgląd w to jak wyglądały procesy polityczne. Jest takim „jakobinem z ludzką twarzą” który nie jest fanatykiem swojej ideologii i istotnie ma szlachetne serce. Widząc jak dalece rewolucja zabrnęła i jakie nowe horyzonty przemocy otwiera przed Francją, on odwraca się od swoich kamratów. Sądzę, że to byłby bardzo ciekawy wątek do śledzenia, zwłaszcza że ten bohater zdradza zalążki intersującej postaci. Kocha czysto, potrafi sarkastycznie opisać otaczającą go rzeczywistość, przemawia z pasją i ma odwagę działać, gdy jest to potrzebne. Tyle, że Armanda i jego damy serca jest w całej powieści niewiele. Pojawiają się sporadycznie, jakby autorowi nagle się przypomniało, że takie dwie postacie skonstruował i wypadałoby pokazać co u nich. W pewnym miejscu powieści, mniej więcej w jej środku, zostaje opisany publiczny lincz urządzony na księdzu. Grupa „patriotek” w skład której wchodziły kurtyzany, rzuca się na przemykającego ulicą kapłana katolickiego. W jego obronie stają kobiety przywiązane do korony i ołtarza, żadne arystokratki, lecz mieszczanki. Po czasie do kotłowaniny włączają się mężowie, bracia i synowie tych drugich, a w obronie nierządnic stają opłacani klakierzy. I nagle z tego całego zamieszania wyłania się Armando. Mężczyzna biegnie do klasztoru, w którym została umieszczona dla ochrony Irena, chcąc ostrzec ją i siostry zakonne przed zmierzającym ku nim motłochem. Wyglądało to tak, jak gdyby został „wypluty” przez narrację i miało wręcz komiczny efekt. 

Irena z kolei jest postacią nawet mniej niż sam Armando. Istnieje tylko po to by być kochaną przez młodego jakobina trzeźwiejącego ze swoich politycznych przekonań, ale sama ma niewiele do zaoferowania w narracji. Można określić ją jako głupiutką dziewczynę, która stroi się w barwy narodowe, bo taka jest moda, ale jej zrozumienie sytuacji politycznej jest płytkie. Jednocześnie zachowuje przywiązanie do religii, co można by potraktować jako oznaki przynależności do stronnictwa moderatów i to właściwie wszystko co można o niej powiedzieć z przekonaniem.

Uważam, że o wiele większy potencjał na wątek romantyczny miała para królewska. Choć pojawiają niewiele częściej niż wspomniani wyżej młodzi, są obecni w tej historii i jednocześnie są o też wyrazistymi charakterami. Możemy czuć niechęć do Ludwika XVI za jego słabość i współczuć mu upokorzenia, którym został napojony przez lud francuski. Możemy też zrozumieć cierpienie Marii Antoniny, która nie jest tylko małżonką wzgardzonego króla, ale też – może przede wszystkim – matką, która trwoży się o los swoich dzieci. Jako że znamy te postaci już od Błyskawic łatwiej jest nam je odczytywać, dostrzec drogę, którą przeszły i zwyczajnie zaangażować się w ich losy. Stąd uważam, że ich małżeństwo sprawdziłoby się lepiej w roli, w którą Choiński osadził Armanda i Irenę. Zarazem rodzi się inne pytanie, czy w ogóle ta powieść musiała mieć konkretnego bohatera?

Jakobini i inni bohaterowie zbiorowi.

Ta część trylogii o rewolucji francuskiej ma bohatera zbiorowego i są nim jakobini. To poczynania ich ruchu politycznego są centralną osią wydarzeń. Intrygi Dantona, paszkwile Desmounulinsa, przemowy Marata itd., napędzają fabułę i kierują losami wydarzeń. Z lektury książki Choińskiego możemy wiele się dowiedzieć o tych ludziach, bardziej niż o wyznawanych ideach, poznajemy ich psychikę. I wydaje się, że to dobry kierunek. Bowiem autor konsekwentnie obrazuje rewolucję jako wybuch namiętności, urażonych ambicji, rozbuchanej miłości własnej, które razem zebrały się w sobie i w przebraniu idei oświecenia postanowiły zburzyć świat, który nie dawał im nasycenia. Utopijne idee Rousseau, a wcześniej zburzenie pomnika religii przez Woltera i Condorceta, były zaczynem, na którym wyrosła rewolucja. Co gorsza, jej przywódcy byli święcie przekonani o słuszności swoich racji.

Zaryzykuję i dodam, że prócz jakobinów w tej książce jest też inny bohater zbiorowy – lud. Nazywam go bohaterem zbiorowym w pewnym sensie, bo i ciężko nadać mu jakiś konkretny kształt, imię czy twarz, co do której czytelnik mógłby wykształcić jakąś emocjonalną więź. Jak już pisałem, motłoch często przybierał w tej powieści postać wielorękiej masy, która dopuszczała się najgorszych zbrodni – co jest niestety faktem historycznym – i poiła się przemocą. Czasami ten dziki tłum miał własną, odrębną wolę. Nie posłuchał się za pierwszym razem, gdy jakobini poszczuli go na uwięzionego Ludwika XVI i jego rodzinę. Ale też chętnie dał się prowadzić agitatorom, którzy kierowali jego gniew tam, gdzie chcieli politycy. Później, w końcowej części książki, motłoch był już ciężki do kontrolowania i rzucał się na każdego podejrzanego o bycie rojalistą, chętny jego krwi. W pewien makabryczny sposób tak spełniły się marzenia Jana Jakuba o wszechwładztwie ludu.

Jakobini – konserwatywny manifest antyrewolucyjny i analiza psychologii rewolucjonistów.

Wypadałoby na koniec tekstu zebrać swoje przemyślenia i podzielić się wnioskami końcowymi. Mogę zatem powiedzieć, że pozostaję wielkim entuzjastą prozy Teodora Jeske-Choińskiego. Jakobini mają swoje problemy, na pewno nie są prozą idealną czy arcydzielną, ale nie ujmuje to im wartości literackiej i filozoficznej. Niewątpliwie autor napisał ją jako konserwatysta, krytycznie nastwiony do tych wydarzeń. Czytelnik podzielający jego poglądy będzie zatem zadowolony, czy to samo można powiedzieć o entuzjaście rewolucji? Nie umiem odpowiedzieć na to pytanie. Możliwe, że czytelnik spojrzy na jakobinizm jak Armando, możliwe też, że przyklaśnie Dantonowi czy innemu aktorowi tych wydarzeń. Uważam, że Choiński rzetelnie przedstawił te wydarzenia. Uważam, że czytając o fali przemocy, która faktycznie przetoczyła się wówczas przez Francję ciężko przyklaskiwać jej prowodyrom, świadomie podgrzewającym nastroje społeczne kłamstwami i manipulacjami. Jednak ostatecznie, to każdy z nas z osobna musi podjąć decyzję czy przekreśli swój cały dotychczasowy światopogląd czy pozostanie mu wierny na przekór wszystkiemu. Bardzo cenną jest ta pozycja z kolei dla ludzi nie zaznajomionych dobrze z historią, dla których rewolucja francuska jest jednym z wydarzeń opowiedzianych w szkole i zapomnianych wraz z zaliczeniem sprawdzianu z historii. Niezależnie od naszego stosunku i stanu świadomości co do dziejów osiemnastowiecznej Francji, lektura omawianej pozycji nie będzie ciężarem. Autor umiejętnie operuje słowem i w przystępny sposób kreuje narrację.

Warto podkreślić, że Jakobini są świetnym przyczynkiem do studium nad psychologią rewolucji. Choiński fantastycznie szkicuje ludzkie charaktery i motywacje, które kierują aktorami wydarzeń. Przekonująco kreśli też psychikę tłumu, to jak ciężko nad nim zapanować, a jednostki go tworzące czują się zwolnione z indywidualnej odpowiedzialności, dorzucając swoje trzy grosze do ogólnej orgii przemocy i gwałtu. 

Wskazuje się często, że rewolucja francuska była matką dla rewolucji bolszewickiej. Czytając Jakobinów czytelnik nie raz będzie miał wrażenie, że skądś kojarzy opisane zachowania czy metodologię działań. „Komisarze ludowi”, rewizje poszukujące kontrrewolucyjnego mienia (które zostaje zagrabione), strach i nieufność pleniące się także wśród „patriotów” – to wszystko pojawia się w tej książce i echa tego znamy z historii niedawnej. Niekiedy, czytając odezwę jednej z kurtyzan będących żeńskimi przywódcami zrywu, ciężko będzie nie znaleźć rezonujących elementów ze współcześnie głoszonymi hasłami. Autor raczej nie dysponował darem jasnowidzenia, a jednak zaskakuje aktualnością w opisie ludzkich zachowań, czy może raczej my jako dziedzice dziejów widzimy skutki przeszłych wydarzeń i zachodzące między nimi pokrewieństwo.

Nieszczęsny, niedopracowany, Armando nie wywiązał się ze swoich zadań jako pełnoprawna postać literacka – a szkoda. Bowiem w tych rzadkich momentach, gdy czytamy jego przemówienia do towarzyszy jakobinów albo gdy wchodzimy w jego monolog wewnętrzny widzimy rozum, który próbuje przemówić do oszalałych emocji – tłumu. Teodor Jeske-Chiński zostawia nas z przestrogą przed namiętnościami, które łatwo wzbudzić a ciężej kontrolować i przed daniem wiary utopijnym ideom, obiecującym ludziom rajską dziedzinę ułudy.

Inne teksty autora.