Ułatwienia dostępu

Fakt, że przeszłość nie wróci brzmi jak truzim. Jednak w myśleniu o kształcie społeczeństwa często nieświadomie wpadamy w tę pułapkę. Dlaczego jest to problem, jak się z niego wyrwać i co można spróbować zamiast nostalgicznego patrzenia na to, co minęło?

Ale to już było

Z dużym zainteresowaniem przeczytałam tekst „Bez ofiarności naszych babek i prababek Polski by nie było” autorstwa Adama Szabelaka opublikowany na portalu Nowy Ład. To bardzo ciekawa analiza wkładu kobiet w kształtowanie Polski w okresie zaborów, odzyskiwania niepodległości i dwudziestoleciu międzywojennym. Poza przypomnieniem czy dla wielu przedstawieniem zasług Polek na wielu płaszczyznach (politycznej, kulturalnej, sztuki, a przede wszystkim rodziny i wychowania) pokazuje on charakterystyczny dla wielu członków prawicy sposób myślenia. To pewnego rodzaju tęsknota i nostalgia za czasem, gdy środowisko narodowe liczyło tysiące działaczy, miało solidną reprezentację w parlamencie, biznesie, szkolnictwie, sztuce i innych dziedzinach życia. Na podstawowym poziomie nie dziwi takie podejście – kto nie chciałby pochwalić się dokonaniami poprzedników? Problem zaczyna się, gdy na takim niemal rozrzewnieniu się poprzestaje. A to robi zdecydowana większość.

Postawa taka przenosi myślenie na przeszłość, zamiast na teraźniejszość i przyszłość. Zamyka w wiecznym muzeum, pozwala podziwiać piękne, odnowione eksponaty – ale starannie wybrane (pomija ciemniejsze lub po prostu mniej udane karty dawnej działalności), a przede wszystkim niedostępne. Przypomina zwiedzanie muzeum techniki: można być pełnym podziwu dla przemyślności dawnych wynalazców, jednak próba uruchomienia we współczesnych warunkach zdecydowanej większości maszyn i urządzeń mija się z celem. Są rażąco niedostosowane do dzisiejszych potrzeb i standardów. Historie i wspomnienia więcej wybaczają. Nie są tak namacalne, bezpośrednie. Użycie tej samej nazwy organizacji daje poczucie ciągłości i bycia jednością z tymi, którzy nas poprzedzali – niestety, często bez refleksji o różnicy między ich sytuacją a naszą.

Fakty są bowiem takie, że obecnie żadna z szeroko pojętych organizacji prawicowych nie ma takiego rozmachu i zasięgu działania, co te z dwudziestolecia międzywojennego czy lat przed odzyskaniem niepodległości. Narodowe, edukacyjne, sportowe, religijne – wszystkie straciły na liczbie członków i znaczeniu. Nawet największa z nich, Kościół katolicki, jest w kryzysie, tracąc wiernych, przede wszystkim młodych; starsi wiekiem wymierają i nie są zastępowani. Inne duże zrzeszenia, jak harcerstwo (kilkadziesiąt lat temu liczące dziesiątki tysięcy członków) albo duże organizacje sportowe (nie ma już „Sokoła”) także się zmniejszyły. Wraz ze skurczeniem się liczebnościowym przyszło zmniejszenie chęci wpływania na kształtowanie rzeczywistości. Grupy te nie pretendują do miana tych, które kształtują państwo, naród, kolejne pokolenia czy jednostki o konkretnym profilu. One co najwyżej dostarczają ciekawych wrażeń i umożliwiają naukę czegoś interesującego. Które z tych zjawisk zaszło jako pierwsze jest tematem na osobny tekst.

Indywidualizujemy się na śmierć

Bardzo lubimy czuć się wyjątkowi, a kultura w której żyjemy codziennie utwierdza nas w przekonaniu, że to dobre i konieczne. Chcemy mieć dopasowane wszystko pod siebie, przekonani, że jedynie pójście za własnymi pragnieniami i realizacja tego, co uważa się dla siebie za słuszne przyniesie szczęście. O problemach z indywidualizmem, który od pewnego momentu jest egoizmem napisano wiele. Także o tym, jak wpływa to na narody. Stawiany często w opozycji do mentalności dominującej w Azji dalekowschodniej, gdzie to kolektywizm rządzi umysłami i duszami mas, rzekomo wyzwala do tego, co najlepsze. Jak jednak każdy egoizm, wiąże się z pychą. Pierwszy z grzechów głównych, podstawa wielu innych grzechów, przywar i słabości. Żyjąc zanurzonymi w świecie promującym tak silne skupienie się na sobie, bez nawet wyobrażenia alternatywy, trudno wyjść ponad frustrację.

Można bowiem zauważyć niezadowolenie z tego, jak wygląda dzisiejsze społeczeństwo. Prymat realizowania się (jakkolwiek by się to rozumiało) powoduje, że rozpadają się więzi społeczne, przyszłość narodów jest niepewna przez zbyt małą liczbę dzieci, powstaje społeczeństwo akceptujące grzeszne życie w imię tolerancji i nie przeszkadzania sobie wzajemnie. Choć pokolenia ludzi młodszych niż starszych właściwie nie znają, nie pamiętają życia nie nastawionego na indywidualizm, pragną, by było inne. Samotność, poczucie oderwania od grupy, braku zakorzenienia, bezcelowości i bezsensowności życia (a także choroby psychiczne i somatyczne z tym związane) nie biorą się znikąd. Funkcjonowanie w systemie będącym zaprzeczeniem tego, do czego człowiek jest przyzwyczajony i wręcz stworzony ewolucyjnie, gdzie zmiana nastąpiła w naprawdę krótkim czasie, degradując szerokie masy ludzkie.

Rośnie świadomość problemów społecznych, które jednoczą ponad podziałami. O demografii pisze i mówi się coraz więcej – i dobrze. Coraz więcej młodych osób deklaruje pragnienie posiadania większej liczby dzieci, a wielodzietność zaczyna być postrzegana jako cel, nie patologia. Kolejna z przywar narodowych, alkoholizm, wreszcie powszechnie staje się passe, a trzeźwe życie uznawane uznawane jest za normę. Świadomość konieczności mądrej ochrony środowiska, znaczenia jakości powietrza, wód i gleby dla zdrowia (smog, wpływ na uprawy i zwierzęta hodowlane) pcha ku zmianom legislacyjnym i konsumenckim. Społeczeństwo powoli się zmienia, jednocząc się wokół istotnych tematów niezależnie od przekonań politycznych bądź jedynie w luźnym powiązaniu. Wybieramy, co nam się podoba z różnych opcji ideowych, tworząc nierzadko konglomerat poglądów. Zostawiamy fanatyczne przyspawanie do jednej partii boomerom, dosłownie lub w przenośni. Ten efekt dążenia do posiadania swojego zdania w oderwaniu od doktryn to otwarcie na nowe możliwości myślenia o społeczeństwie, jego kształtowaniu i roli w tym procesie.

Wciąż jest nadzieja

Nowe czasy wymagają nowych form. Nie zanosi się na to, by ruchy masowe miały powrócić. Przeminęły, a od nas zależy, czy pozostaniemy przy nostalgicznym spojrzeniu w przeszłość, czy dostosujemy sposoby działania do obecnych warunków. Na polskim poletku trudno znaleźć inicjatywy, które okazały się sukcesem (takie jednak istnieją – o tym niżej). Zerknijmy więc do naszych sąsiadów. Włochy są krajem z bogatą tradycją tworzenia lokali będących połączeniem miejsc spotkań towarzystkich, barów (z czego się utrzymują), bibliotek lub księgarń. Okazjonalnie odbywają się tam koncerty, wykłady, spotkania dyskusyjne czy treningi sportowe. Wokół takich miejsc wyrasta społeczność, często bardzo jasno zorientowana ideowo. Konkretne miejsce, urządzone w konkretnym stylu, zapraszające do spędzania w nim czasu, staje się kotwicą. Inną metodą poszli Amerykanie, a za nimi wiele innych krajów (w Europie głównie skandynawskie), tworząc Active Cluby. Nieformalne grupy znajomych skupiające się na treningach głównie siłowych i sztuk walki, czasem także wędrówkach w wymagających warunkach – wszystko spięte ideą siły, zwycięstwa, antyliberalizmu. Nie zapominać należy o licznych portalach, twórcach muzycznych, filmowych, a nawet wydawnictwach, które dopełniają całości potrzeb kultury alternatywnej.

Rzecz jasna można narzekać, że to duże projekty. Owszem, posiadanie lokalu na własność to ogromny wydatek i ryzyko. Jednak wynajęcie nawet po znajomości miejsca, gdzie regularnie się spotyka na różnych interesujących aktywnościach jest już w zasięgu wielu z nas. Dawni studenci oszczędzający każdy grosz, będący niegdyś podstawą prawicy realnie pragnącej fundamentalnej zmiany dorośli, poszli do pracy i zarabiają. Choć, nie ukrywajmy, jednocześnie mają mniej czasu. Niemniej jednak to stworzenie początkowo niewielkiego miejsca, gdzie dzieją się interesujące rzeczy, odpowiednio rozreklamowane daje nadzieję na to, że przyciągnie innych. Nie będzie masowości, owszem – ale będzie coś. Mówiąc przyziemnie, od czegoś trzeba zacząć. Regularne spotkania z ideą i ludźmi podobnymi nam nie tylko dobrze kształtują, ale tez motywują do dalszego rozwoju, wymiana myśli i doświadczeń jest cenna, a czas spędzony wśród tych, przy których nie trzeba się krygować w drażliwych kwestiach – bezcenny. Zdaje się, że w Polsce dotychczas powstało tylko jedno takie miejsce, jest to warszawska Kuźnia. Jej popularność niesie nadzieję na rozwój i otwarcie podobnych miejsc również w innych miastach.

Na spotkaniach nie musi się kończyć. Gdy znów spojrzymy na inne kraje europejskie, zobaczymy, że poważne, regularne działanie lubi wchodzić w politykę. Nie na zasadzie podlizywania się konkretnym postaciom czy partiom (choć niestety to też się zdarza). Chodzi o tworzenie włąsnych inicjatyw politycznych bądź kandydowanie w wyborach, szczególnie lokalnych, gdzie głos pojedynczego człowieka ma większe znaczenie. Przykładowo istniejący od kilku miesięcy włoski projekt Remigrazione e Reconquista (Remigracja i Odzyskanie) prowadzi regularne wiece uliczne, spotyka się z politykami, a nawet złożyło propozycję zmiany prawa w kwestii migrantów. Tak poważne, zaawansowane działania nie biorą się znikąd. Są efektem wieloletniej, czasem trwającej dekady ciężkiej pracy, upartości i nadziei. Wspaniałe ruchy nie powstaną same – ktoś musi je stworzyć. Na przykład ty.

Agata Leszczak

By Agata Leszczak

Lekarz medycyny, miłośniczka gór, kolarstwa i literatury, szczególnie historycznej