Ułatwienia dostępu

Motto:

Przyjdą takie czasy, że ludzie będą szaleni i gdy zobaczą kogoś przy zdrowych zmysłach, powstaną przeciw niemu mówiąc: Jesteś szalony, bo nie jesteś do nas podobny.

św. Antoni Pustelnik

Dokładnie 5 lat temu ukazał się jeden z najważniejszych tekstów publicystycznych opublikowanych w Polsce po transformacji ustrojowej. Chodzi mi o artykuł p. Marcina Kędzierskiego pod tytułem Przemija bowiem postać tego świata”. LGBT, Ordo Iuris i rozpad katolickiego imaginarium”. Okrągła rocznica jego opublikowania skłoniła mnie do pogłębionej refleksji nad jego treścią i przedstawionymi tam tezami.

Gwiazdy i łuna miasta

Przyznam, że gdy pięć lat temu po raz pierwszy czytałem tekst p. Marcina nie podejrzewałem, że będzie on tak długo we mnie rezonował. Jego treść poruszyła mnie do głębi, dlatego też często wracałem do niego nie tylko w moich osobistych rozważaniach, ale również w dyskusjach ze znajomymi. Największą zaletą tekstu jest jego metapolityczność. Cenię sobie osobiście najbardziej właśnie taką publicystykę, która stara się zrozumieć przede wszystkim las, a nie poszczególne drzewa.

Zasadniczą tezą tekstu jest to, iż katolicyzm przegrał walkę o język. W optyce p. Marcina społeczne imaginarium jest już po stronie lewicowo-liberalnej. I tutaj pojawia się fundamentalny problem. Nawet jeśli tak było w 2020 roku(a może nawet i tak jest w 2025?) to rzeczywistość społeczno-polityczna nie przypomina zdjęcia, lecz film. Jest ona bowiem niezwykle dynamiczna. Świat się nieustannie zmienia i musimy go analizować nie tylko w perspektywie dnia dzisiejszego czy nawet kilku najbliższych lat, ale dziesięcioleci czy nawet stuleci. Jako publicyści, mamy ten luksus, że horyzontem naszego myślenia nie są najbliższe wybory. Dzięki temu możemy analizować rzeczywistość szerzej, głębiej i dalej. Takiego właśnie spojrzenia w przyszłość zabrakło p. Marcinowi w jego tekście. Spróbuję więc nadrobić ten brak i przyjrzę się jak tezy autora, najprawdopodobniej, zestarzeją się w perspektywie dłuższej niż kilka najbliższych lat.

Katolickiego imaginarium już nie ma

Tak, w społecznej (masowej) świadomości już go nie ma. Religia, rozumiana jako podstawowy sposób uzasadniania sensu życia i narzędzia tłumaczącego działanie świata, zanikła. Oczywiście ostały się jeszcze wyspy prawdziwej religijności. To jednak tylko pozostałości dawnej potęgi.

W tym zakresie rację ma p. Marcin Kędzierski. Nie oznacza to jednak, sugerowanego w tekście automatyzmu, że na płaszczyźnie politycznej, będziemy stale i wyłącznie przegrywać. Prawica, po pewnej korekcie laicyzacyjnej, ma szansę rządzić, gdyż to nie tylko kwestie konfesyjne decydują o preferencjach wyborczych. Dzięki atrakcyjnemu programowi politycznemu, dobrym przywódcom oraz sprawnemu wykorzystaniu narzędzi, które przynosi nowoczesność jesteśmy w stanie sprawować władzę i powstrzymywać ,,postępy postępu”. Ktoś może jednak oponować, że na dłuższą metę nie możemy tych trendów zatrzymać i jeśli nie przegramy dziś czy jutro, to lewicowo-liberalny walec rozjedzie nas za 10 lat czy 15 lat. Być może. Jak to powiedział klasyk w demokracji walka nigdy się nie kończy, a nie wszystkie bitwy przegrywa się i wygrywa definitywnie. Jest jeszcze jeden kluczowy czynnik-czas. To właśnie nasz niedoceniony sojusznik. Mamy zatem specyficzne ,,koło ratunkowe” rzucane nam, co paradoksalne, przez naszych wrogów. W długim terminie naszym ratunkiem i sposobem na przejęcie systemu od wewnątrz może być dzietność.

Dzieci-nasza broń

Demografia jest przyszłością. A czas w tej sprawie, długoterminowo, gra na naszą korzyść. Oczywiście jeśli nie nadleci jakiś ,,czarny łąbędź” w postaci wojny atomowej tudzież sztucznej macicy. Znajdujemy się bowiem w trakcie bezprecedensowego kryzysu demograficznego. Jeśli nic się nie zmieni to za sto lat będzie nas najprawdopodobniej między 5 a 10 milionów. Będziemy w najbliższych dekadach, jako naród, szybko się starzeć, wymierać i znikać. To oczywiście potężne zagrożenie dla naszej wspólnoty, ale możemy przekuć je w polityczną szansę. Jako prawica mamy unikalną okazję na osiągnięcie długotrwałej hegemonii. Możemy ją osiągnąć poprzez macice naszych kobiet. I tej szansy nie dostrzegł w swoim tekście p. Marcin Kędzierski.

Widzimy w danych, że świat liberalny się nie rozmnaża. On po prostu nie chce już dłużej żyć, trwać i samoreprodukować się. Wiemy również, że osoby religijne mają wyraźnie więcej dzieci. Widać to oczywiście wśród wszystkich społeczeństw, ale najbardziej wśród grup turboreligijnych takich jak ortodoksyjni żydzi czy amisze. Kobiety z tych grup rodzą średnio szóstkę dzieci! Wyraźnie niższa dzietność wśród osób o liberalnych i lewicowych poglądach, a wyższa wśród osób religijnych skłania mnie do refleksji, że czas powoli acz nieubłaganie pracuje na nas. W bardzo długim horyzoncie czasowym możemy być ostrożnymi optymistami. Oczywiście poza posiadaniem dzieci, musimy im jeszcze przekazywać nasze idee i wartości. Wiemy jednak z międzynarodowych badań, że dzieci zazwyczaj przejmują poglądy polityczne rodziców.

Ten nasz ,,wielki demograficzny marsz” ma szansę doprowadzić do tego, że za 2-3 pokolenia uda się przejąć system od wewnątrz. Pierwsze oznaki jego rozkładu już widać. W najbliższych latach, najprawdopodobniej, będziemy świadkami powolnego gnicia świata liberalnego i jednym z kluczowych czynników jego słabości jest to, że zatracił on podstawowy instynkt przetrwania. Musimy pamiętać, że na koniec dnia każdy system tworzą ludzie, a gdy ich zabraknie to system po prostu….. nie przetrwa.

Kiedyś ,,nową większość” stworzą osoby religijne i to one wykreują inną rzeczywistość. Będzie to świat zdecydowanie bardziej antyliberalny, prawicowy i religijny. Ten kolaps systemu nie wydarzy się oczywiście za rok, dwa, dziesięć czy pięćdziesiąt lat. Osobiście nie wierzę, że zobaczę na własne oczy jego koniec. To będzie proces, który będzie trwał przez co najmniej 100 lat.

W tym czasie liberalny smok nadal będzie ,,pożerał” swoje ofiary na przykład w uśmiechniętych obozach zagłady dla zmylenia przeciwnika nazwanych klinikami aborcyjnymi. Ten w gruncie rzeczy szatański system bez wątpienia zabije jeszcze miliony ludzi, ale dla tych którzy go nie są jego zwolennikami, jak ja, mam dobre wieści-koniec jego nie jest już tak wcale odległy. Będzie on gnił oraz zdychał na naszych oczach i nie zatrzymają tego procesu Tuski, Macrony i Merze tego świata.

Drugim argumentem uzasadniającym dlaczego ten system nie może przetrwać jest kwestia bardziej metapolityczna. System ten zbudowany jest bowiem na niewyobrażalnym wprost kłamstwie, że nie wyobrażam sobie jego trwania. Świat gdzie zwykłe zabójstwo nazywa się ,,prawami reprodukcyjnymi kobiet”, który nazywa ,,prawami człowieka” wszystkie możliwe szaleństwa, dewiacje i zboczenia nie może się ostać. Jest to system oparty na kłamstwie jawnym, bezczelnym, niemalże sowieckim. To jest właśnie fundament współczesnego liberalnego świata. Nie wierzę, że może on przetrwać dłużej niż krótką chwilę oczywiście z punktu widzenia historii ludzkości.

Dał nam przykład Izrael

Przykładem jak w praktyce może wyglądać proces takiego antyliberalnego przejęcia systemu jest Izrael. Tamtejsza scena polityczna w ciągu ostatnich 20-30 lat przesunęła się bardzo wyraźnie na prawo między innymi dzięki temu, że coraz liczniejsi w społeczeństwie są turboreligijni żydowscy ortodoksi (tzw. haredi), którzy masowo głosują na swoje skrajnie prawicowe partie. Paradoksem tej sytuacji pozostaje fakt, że Izrael został stworzony jako projekt świeckich, liberalnych i lewicowych żydów. Teraz trzeszczy on w szwach pod politycznym i demograficznym naporem ortodoksów. Świeckie żydówki rodzą średnio tylko dwójkę dzieci, a przeciętna ortodoksyjna żydówka około szóstkę. W Izraelu haredi stanowią 13-14% dorosłego społeczeństwa, ale wśród osób poniżej 18 roku życia już 25%-28%. Jeśli utrzymają dotychczasowe tempo wzrostu demograficznego to, za mniej więcej 50 lat, to oni będą nową większością i nie mam żadnych wątpliwości, że stopniowo przekształcą Izrael w prawicowo-religijną teokrację. Pierwiosnki tej zmiany już są. Radykalnie prawicowi politycy, na których głosują ortodoksi, są bowiem nie tylko posłami do Knesetu, ale także ministrami w najbardziej prawicowym rządzie w historii Izraela. Być może za wiele lat i Polska doczeka się swoich Ben Gwirów i Smotriczów.

Przed nami zatem wielka, niemalże dziejowa, misja. Podstawowym obowiązkiem dla nas pozostaje to abyśmy mieli jak najwięcej dzieci i przekazywali im nasze idee i wartości. Z kolei nasi liberalni ,,współrodacy” muszą mieć ich jak najmniej (przyznam, że wychodzi im to na razie bardzo dobrze). Naszym zadaniem jest również budować wspólnotę, program polityczny oraz kształcić kadry tak aby za wiele lat to nasze wnuki i prawnuki przejęły państwo od wewnątrz. Celem musi być przeprowadzenie konserwatywnej rewolucji jaka nie śniła się liberałom. Choć w sumie oni już tego nie zobaczą. I dobrze.

Nadzieja

Pan Marcin Kędzierski na końcu swojego tekstu chce natchnąć czytelników nadzieją. Twierdzi on, że proces ubóstwienia miłości prędzej czy poźniej doprowadzi do samozagłady. I ma rację. Tego nie trzeba nawet uzasadniać religijnie. Wszyscy wiemy, że świat LGBT+, antykoncepcji, aborcji, zmian płci jest dosłownie i w przenośni bezpłodny. W długim horyzoncie czasowym musi on zaniknąć. On po prostu się nie reprodukuje i nic tego nie zmieni niezależnie ile miliardów dolarów zostanie w niego wpompowanych. Dlatego, paradoksalnie, zawsze uśmiecham się jak widzę tęczowe marsze gdyż wiem, że jest to jeszcze jedna dawka trucizny wtłaczana w krwiobieg liberalnego społeczeństwa. Oni, absolutnie nieintencjonalnie, pracują na nasze zwycięstwo. Nawet jeśli te ruchy będą popierać wszystkie potęgi-papież i prezydent USA, Schwab i Macron, francuscy lewicowcy i niemieccy policjanci, to nic nie zmieni tego, że to zmierzch tego świata. A uśmiechnięci panowie i panie tańczący na paradach równości są jak Ci ludzie tańczący na Titanicu. Radują się na swoim własnym pogrzebie.

Rację ma zatem p. Marcin że nie musimy lękać się tego co nas czeka. W długim terminie bowiem wygramy. Nie dziś, nie jutro, nie za 50 lat. Pewnie nawet nie my osobiście, ale nasze wnuki, prawnuki czy praprawnuki. Do tego czasu pewnie będziemy w różnoraki sposób prześladowani, ale dopóki wszystkich nas nie pozabijają, a to my będziemy się rozmnażać i przekazywać nasze wartości dzieciom to czas będzie pracował na naszą rzecz.

Oni mają zegarki, my mamy czas. Oni niech kupują kolejne pigułki antykoncepcyjne, a my kołyski. Przyszłość należy bowiem do tych, którzy w coś wierzą, ale przede wszystkim chcą trwać i walczyć o swój byt. My nadal chcemy, oni nie. I dlatego prędzej czy później zanikną. Jak dinozaury drogi Czytelniku. Jak dinozaury.

Więcej tekstów tego autora.