Ułatwienia dostępu

Czasem w życiu publicysty są chwile olśnienia gdy po wielu latach rozmyślań nad danym tematem dochodzi się do przełomowych ustaleń. Nie inaczej miałem ja kilka dni temu gdy w trakcie spaceru udało mi odkryć absolutnie fundamentalną prawidłowość umożliwiającą odpowiedź na dręczące mnie pytanie dlaczego obecnie rodzi się tak mało dzieci. Od wielu lat, zazwyczaj niestety z kiepskimi rezultatami, próbują na to również odpowiedzieć publicyści, politycy i naukowcy. Podstawowym błędem ich analizy było to, że ,,widzieli oni wszystko osobno’’. Na dodatek większość z nich nie potrafi myśleć strukturalnie ani spojrzeć na sprawę z odpowiednio długiej perspektywy historycznej. Mi to się udało i dzięki temu rozwiązałem nurtującą mnie zagadkę.

Rewolucja

Przyznam, że pierwszą osobą, która naprowadziła mnie na wyjaśnienie zjawiska był p. Robert Winnicki. Zwrócił on bowiem uwagę na kluczowy fakt, że ludzie nie rozumieją jak rewolucyjnie zmieniło się życie ludzkie w ciągu ostatnich 200 lat. Ta błyskotliwa obserwacja umyka również większości osób zajmujących się tematem demografii. Jak trafnie zauważył p. Robert egzystencja naszych przodków 200 lat temu była bardziej podobna do życia ludzi kilka tysięcy lat wcześniej niż w stosunku do tego jak my żyjemy obecnie. Ta ,,prześniona’’ rewolucja, która zaszła w Polsce jak i na świecie, ma kluczowe znaczenie dla zrozumienia fenomenu niskiego współczynnika dzietności. 

Przednowoczesność a nowoczesność

Życie współczesne zarówno w kategorii ilości zachodzących zmian jak i ich jakości nie jest zwykłą zmianą. W zdecydowanej większości kwestii stanowi ono zaprzeczenie tego jak żyli nasi przodkowie. Jest więc ODWROTNOŚCIĄ, życiem na opak. Rewolucją o 180 stopni. Przyjrzymy się temu fenomenowi na kilku przykładach.

W czasach przednowoczesnych średnia wieku oscylowała w okolicach 20-30 lat, dziś to prawie 80 lat. Przed osiągnięciem 5 roku życia umierało co drugie narodzone dziecko, obecnie umieralność można liczyć w promilach. Umiejętność czytania i pisania była ograniczona do wąskiej elity, dziś posiadają tę umiejętność wszyscy. Edukacja była zarezerwowana dla elit, obecnie szkolnictwo jest powszechne i masowe. Około 90% ludzi żyło na wsi i utrzymywało się z rolnictwa, obecnie to zaledwie kilka %. Ateizm praktycznie nie występował, a dziś jest rozpowszechniony. Przed nowoczesnością nie istniało państwo współczesne takim jakim my je znamy. Nie było łatwo dostępnej antykoncepcji, podobnie jak masowej i taniej komunikacji oraz transportu. Mógłbym wymieniać jeszcze dziesiątki czy setki tego typu przykładów aby pokazać jak zupełnie inny był tamten świat. Życie przed nowoczesnością było ODWROTNOŚCIĄ tego jakim jest ono współcześnie.

Uchwycenie tej prawidłowości prowadzi nas wprost do tematu demografii. W czasach przednowoczesnych dzietność była niezwykle wysoka, podobnie jak śmiertelność. A jak jest współcześnie? Też ODWROTNIE. Dzietność zachowuje się więc TAK SAMO jak prawie każdy aspekt ludzkiego życia w ciągu ostatnich 200 lat. Doszło do jego ODWRÓCENIA. Wysokie wskaźnik urodzeń i wysokie wskaźnik zgonów zmieniły się w niskie wskaźnik urodzeń i niskie wskaźnik zgonów. Prawidłowość jest tu zachowana.

Nowoczesność ma konsekwencje

Zauważmy, że praktycznie nikt nie narzeka na niski współczynnik zgonów niemowląt, bogactwo, brak głodu czy też powszechną edukację. Temat niskiej dzietności rozgrzewa za to opinię publiczną i nad tematem tym pochylają się naukowcy, publicyści i politycy. Nie rozumieją jednak oni, że w długim terminie to transakcja wiązana i gdy tylko pojawi się nowoczesność to spadek dzietności jest prawie nieuchronny. Oprzeć się degenerującemu wpływowi są w stanie tylko radykalne religijnie mniejszości (na przykład amisze czy ortodoksyjni żydzi), które na dodatek bardzo selektywnie wybierają sobie to co przynosi ze sobą współczesność. 

Najlepszym dowodem na potwierdzenie mojej tezy o związku nowoczesności z demografią jest sam współczynnik dzietności. Dzietność spada praktycznie wszędzie, a im szybsza modernizacja tym spadki są gwałtowniejsze. Korea Południowa jeszcze w 1960 roku miała tfr 6, a już w 2005 roku współczynnik ten wynosił 1,1. Meksyk jeszcze w 1970 roku miał tfr 6,5 dziś ma w okolicach 1,5. Korea Północna ma tfr w okolicach 1,6. Indie są już poniżej zastępowalności pokoleń. Chiny mają dzietność tak niską jak Polska. Wiele krajów muzułmańskich jest też już poniżej poziomu zastępowalności pokoleń. Mógłbym wymienić jeszcze setki przykładów, ale zasadniczy trend jest jasny-im więcej nowoczesności tym tfr niższy. Ten schemat potwierdza się pod każdą szerokością geograficzną. To nie zatem niskie zarobki, wysokie ceny mieszkań, brak żłobków czy propaganda antynatalistyczna powodują ten kryzys. Jest nim nowoczesność, która wywróciła świat i życie ludzkie do góry. Wszystko na tym świecie ma swoje koszta. A ceną nowoczesności jest niski wskaźnik urodzeń. 

Paradoksy nowoczesności

Niezwykłą ironią jest zatem to, że nowoczesność ma zawarty w sobie mechanizm samozagłady. Na koniec dnia bowiem system i świat tworzą ludzie. Jeśli ich zabraknie to nowoczesności po prostu nie będzie. Ona sama bowiem doprowadziła do gwałtownego spadku demograficznego, a to z kolei prowadzi, w długim horyzoncie czasowym, do jej zaniku. Prawdziwa kwadratura koła z której za bardzo nie ma jak wyjść.

Nie da się bowiem tak po prostu decyzją polityczną cofnąć historii i wrócić do czasów przednowoczesnych. Równie mało prawdopodobne jest to, że całość lub chociażby istotna część naszego narodu stanie się równie religijna jak amisze czy ortodoksyjni żydzi. Zatem co nas czeka? To oczywiste. Im bardziej będziemy nowocześni tym szybciej będziemy się starzeć, zanikać i wymierać. Czy jest nadzieja? Zawsze jest. Ja jej jednak nie widzę na linii dziejów. Nikt z nas jednak nie jest w stanie przewidzieć wszystkiego. Wydaje się jednak, że bez zmiany systemu lub przekroczenia nowoczesności nigdy nie wrócimy do zastępowalności pokoleń. Wszystko wskazuje na to, że po prostu zanikniemy. Jak dinozaury drogi Czytelniku, jak dinozaury.

Więcej tekstów autora.