Ułatwienia dostępu

Kilka tygodni temu mój redakcyjny kolega, Jakub Nawrot, napisał tekst o rozwiązaniu zagadki niskiej dzietności. O ile zgadzam się z ogólną tezą, że to sama współczesność jest winna niskiej dzietności (Fakt: Jest niska dzietność; Pytanie: Dlaczego? Teza: Bo to jest cechą współczesnego świata), to jak dziecko które być może nigdy się nie narodzi zadam kolejne pytanie „Dlaczego?” i postaram się dodać swoje trzy grosze w dyscyplinie, w której byłem szkolony, czyli w ekonomii i finansach (ale zostając tylko przy ekonomii). Od razu chciałbym tym samym odeprzeć zarzut „ekonomizowania”, „materializmu” itd., a jedynie popatrzeć na problem z perspektywy ludzkich decyzji w świecie o ograniczonych zasobach (a tak właśnie dziś w skrócie jest rozumiana ekonomia). Kolega Nawrot zresztą sam wskazuje (wg mnie słusznie), że ilość żłobków, mieszkań, Biedronek czy Żabek na kilometr kwadratowy nie ma znaczenia, gdyż to właśnie w państwach teoretycznie najzamożniejszych spadek dzietności jest najbardziej dotkliwy. A więc co jest ekonomiczną cechą współczesności, ze względu na którą dzietność na świecie tak dramatycznie spada? I czy jest w takim razie sens na ten problem patrzeć z ekonomicznego punktu widzenia?

Zacznijmy od tego, że ekonomia jest nauką społeczną. Chociaż od drugiej połowy XIX wieku coraz śmielej próbuje się ją matematyzować (czego ja akurat nie uważam za zarzut – wszak metody ilościowe są po prostu pewnym sposobem mającym pomóc nam w odkrywaniu prawdy o świecie), to jednak dotyczy stricte zachowań ludzkich (nie licząc jakichś eksperymentalnych badań na małpach wymieniających się pomarańczami czy innymi wafelkami). Nie inaczej widział tę kwestię niestety zapomniany ojciec ekonomii Richard Cantillon, który napisał swój jedyny „Esej o naturze handlu w ogólności” na wiele dekad przed szeroko uznawanym za tego prawdziwego ojca ekonomii, Adamem Smithem (niektórzy twierdzą, że Smith pożyczył od Cantillona gro tez, tylko zapomniał starszego kolegę zacytować). Cantillon w „Eseju” pisał (poza wieloma innymi sprawami), że decyzje o małżeństwie i posiadaniu dzieci mają zasadniczo charakter ekonomiczny: ludzie skłonni są zakładać rodzinę tylko wtedy, gdy przewidują, że będą w stanie zapewnić jej poziom życia co najmniej zbliżony do tego, jaki sami mieli w dzieciństwie. W jego ujęciu każdy człowiek porusza się w ramach określonego społecznie „naturalnego” standardu utrzymania i niechętnie podejmuje zobowiązania, które mogłyby go poniżej tego standardu obniżyć. Dlatego wzrost lub spadek dochodów wpływa bezpośrednio na zachowania demograficzne: w okresach pomyślności ludzie chętniej się pobierają i mają więcej dzieci, natomiast w czasach trudnych małżeństwa są odkładane, a rodziny mniej liczne. Tym samym są to bardzo wczesne rozważania na temat racjonalnego kalkulowania, nawet jeśli nie jest ono całkowicie uświadomione (tak jak w rozważaniach Gary’ego Beckera, na którego często powołują się ekonomiści i publicyści wskazując publiczny system emerytalny jako przyczynę niskiej dzietności w myśl argumentu „I tak państwo się mną zajmie na starość, więc po co i dzieci?”). Jest jednak jedno słowo, które myślę, że jest w stanie wyjaśnić te zaszłości, a jest nią trudna, jeśli nie niemożliwa (przynajmniej do tej pory) do skwantyfikowania nadzieja.

Reszta tekstu pod filmem.

Wróćmy do kilku przykładów Kolegi Jakuba. W filmie nagranym do swojego tekstu wskazuje na przykład spadającego analfabetyzmu, który może być w jakimś stopniu zmienną objaśniającą spadek dzietności. Trochę później pokazuje także w jaki sposób dzietność spadała już o wiele szybciej w polskich miastach międzywojnia, niż na ówczesnej wsi. I tak myślę, że tutaj nadzieja mogła mieć wiele do czynienia, wiążąc te dwa wątki. Bo w końcu gdzie analfabetyzm był najniższy? W dużych miastach (co zresztą Kolega Jakub zauważył w swoim filmie). I gdzie kolportowane były gazety, które przecież od początków swojego istnienia, karmiły masy wiadomościami o nadchodzących i trwających wojnach, plagach, katastrofach, bankructwach? Tak właśnie, również w miastach. Tymczasem, chłopi żyli według naturalnego cyklu – wiedzieli, że w tym roku zbiór może być gorszy, w drugim lepszy, ale nie były to dla nich informacje szokujące.

Tymczasem, współczesna współczesność nie oszczędza ani miast, ani wsi. Dzięki Internetowi i mediom społecznościowym, każdy mieszkaniec i Londynu i Warszawy i Buszmen w buszu może sobie sam wybrać własny „doom scrolling” – jedni mogą oglądać filmiki o klęskach głodu, lub bombardowanych cywilach w tym czy innym kraju, o już kolejny rok nadchodzącej wojnie, czy nawet o zapaści demograficznej (czego sam jestem winien), inni z kolei mogą podziwiać ekstrawaganckie życie i blichtr zazdroszcząc Elonom Muskom, czy choćby Andrew Tate’om tego świata. Tych pierwszych świat straszy nadchodzącą zagładą. Tym drugim świat współczesny wmawia, że „jeśli by tylko pracowali jeszcze ciężej, to na pewno osiągną to samo”, jednak mierząc siły na zamiary, wszyscy wiemy że dla ogromnej większości z nas taki styl życia nigdy nie będzie osiągalny. Oczywiście, kilkaset lat temu też istniało bogate chłopstwo czy mieszczaństwo, czy zubożała szlachta, znana jako gołota, ale nikt nie próbował im wmówić, że mogą być królami. Świat ten dawał ludziom tyle nadziei (doczesnej) ile było w ich realnym zasięgu.

No dobrze, ktoś zapyta, to jak się to ma do sytuacji przykładowo po II Wojnie Światowej, kiedy większość Starego Kontynentu była zrujnowana, a jednak mimo tego – lub właśnie dlatego – w wielu krajach nastąpił gwałtowny wzrost dzietności. I tu przedstawmy kilka przykładów historycznych. One pokazują bowiem, że wbrew intuicyjnemu przekonaniu, iż ludzie mają dzieci tylko i wyłącznie w czasach dostatku i stabilizacji, często bywa odwrotnie: największe odbicia demograficzne następowały właśnie po okresach najgłębszych spadków, kiedy wydawało się, że „gorzej już być nie może”. Po dżumie w XIV wieku, po wojnie trzydziestoletniej, po klęskach głodu w Japonii (np. wielki głód Tenmei, 1782–1788), po wojnach napoleońskich czy wreszcie właśnie po obu wojnach światowych. Tam, gdzie przetrwała choć część społeczności, pojawiał się impuls do odbudowy, a wraz z nim zaskakująca, ale konsekwentnie powracająca reakcja: ludzie decydowali się na dzieci, bo w świecie tak bardzo zdewastowanym jedynym prawdziwym zasobem, jaki pozostawał, była nadzieja na przyszłość. Dlatego w kontekście nadziei istotną rolę musi odgrywać pewna perspektywa. Nam mówiono „Ucz się, to dostaniesz dobrą pracę i będą Cię szanować”, a w latach dzieciństwa ostatniej dekady XX i pierwszej XXI roztaczano przed nami krajobraz wygodnego i beztroskiego życia, co jednak dla wielu się nie ziściło (chociaż zrobili co mieli zrobić: zdali maturę na 5, poszli na studia itd.). U nas nie było spektakularnego tąpnięcia – tylko powolny upadek w spiralę kurczących się zasobów (nie dla każdego oczywiście – zważmy wszak, że ultra-bogate rody tzw. „old money”, które stać na pałace, odrzutowce i schrony atomowe, mają konsekwentnie bardzo dużo dzieci).

To paradoks, ale historia może tu wskazywać, że im bardziej rzeczywistość była brutalna i nieprzewidywalna, tym łatwiej było ludziom uznać, że skoro katastrofa już się wydarzyła, to najgorsze jest za nimi. A skoro najgorsze minęło, to jedyną drogą jest odbudowa, a w tym odbudowa społeczeństwa. W takim klimacie dziecko nie było postrzegane jako obciążenie, ryzyko czy projekt wymagający perfekcyjnego zaplanowania w świecie pełnym niepewności, lecz jako naturalny, instynktowny i społecznie zrozumiały krok ku lepszemu jutru. To dziecko symbolizowało powrót normalności, nawet jeśli ta normalność była jeszcze odległa.

W świecie współczesnym mechanizm ten działa słabiej, bo nowoczesność odbiera ludziom możliwość „zamknięcia” katastrofy w czasie. Kiedyś klęska była wydarzeniem – strasznym, ale skończonym – po którym następował okres odbudowy. Dziś natomiast katastrofa trwa bez końca, stale odświeżana w mediach i algorytmach, i nigdy nie pozwala naprawdę uwierzyć, że teraz może być już tylko lepiej – jak nie Covid, to wojna, jak nie wojna to AI, zwolnienia itd. Bez „domknięcia” trudnych doświadczeń trudno o nadzieję, do oddechu wytchnienia będącego historycznie paliwem dla odbicia demograficznego. Tymczasem jak ludzie mają się rozmnażać w świecie, którym nie ma nadziei – nie ma ani nadziei na lepsze jutro w sensie doczesnym, a także wielu traci nadzieję na lepsze jutro w sensie pośmiertnym?

Amerykańska pisarka napisała kiedyś słynne zdanie, które mówi:

„Apokalipsa stała się dziś długotrwałym serialem: nie ‘Czas apokalipsy’, lecz ‘Apokalipsa odtąd na zawsze’. Apokalipsa stała się wydarzeniem, które jednocześnie się dzieje i się nie dzieje.”

Zdanie to pochodzi z eseju „The Imagination of Disaster” („Wyobraźnia katastrofy”) i ma ono określać jak współczesność niesie ze sobą permanentne poczucie końca, nieustannie odświeżane przez obrazy katastrof i kryzysów. Esej został napisany w 1965 roku – czy jednak od tej pory coś się zmieniło?