Ułatwienia dostępu

Skończyłem czytać książkę Rafała Ziemkiewicza Walc stulecia. Nie pierwszy raz miałem w ręku dzieło podpisane tym nazwiskiem, jednak po raz pierwszy spotkałem się z piórem Rafała Ziemkiewicza – pisarza, a nie publicysty. Zapraszam do lektury mojej recenzji, spisu myśli i uwag dotyczących tejże książki.

Zaczynając od zalet Walca napiszę, że lektura zajęła mi tydzień. Nie dlatego, żebym specjalnie szybko czytał, albo żeby ta pozycja była krótka. Walc po prostu mnie wciągnął. Jest dobrze napisaną prozą, od strony technicznej. Zdania nie męczą swoją długością czy zbędnym skomplikowaniem, ani też nie są prostackie. Dialogi bohaterów wypadają naturalnie, a także angażują czytelnika i co ważne – mówią coś o postaci, która je wypowiada. A o czym mówią ludzie wykreowani przez Ziemkiewicza i o czym mówi narrator?

Fabuła powieści rozgrywa się w świecie przyszłości, być może jest to schyłek XXI wieku, być może druga połowa jego trwania. Autor tego nie precyzuje i w zasadzie nie musi. Nie jest to istotne z punktu widzenia historii. Możemy domniemywać, że jest to przyszłość na podstawie kilku czynników. Wysoka technologia, neuralinki charakterystyczne dla cyberpunkowego science-fiction i rozkład tradycyjnych struktur społecznych, które rozpuściły się w progresywnej masie. Zastanawiałem się jak zarysować to o czym opowiada Walc, jaka jest historia, którą poznajemy i doszedłem do ściany. Otóż, w moim subiektywnym odczuciu, fabuła Walca to pretekst. Na początku powieści poznajemy bohatera, któremu jak się wydaje będziemy towarzyszyć – Orina Bethlena. Orin jest twórcą systemów gier komputerowych, które dzięki technologii są właściwie doskonałymi RPGami. Gracz poprzez połączenie komputer-mózg, może bezpośrednio wcielić się w zaprojektowaną postać i odgrywać scenariusz, doświadczając wszystkich sensorycznych sensacji, które doświadcza jego awatar. Na podjęte przez gracza decyzje reaguje z kolei zaprojektowana przez Orina matryca, która wytycza konsekwencje akcji w świecie gry. Najnowszym dziełem Bethlena jest Walc stulecia, gra próbująca odpowiedzieć na pytanie „co(kto) doprowadziło do wybuchu I wojny światowej?”. Można by powiedzieć, że perypetie związane z tą grą, problemy z jej sprzedaniem wydawcy, rozwój poszczególnych aktów, cały proces twórczy Orina jest główną osią fabularną. Jednak mam problem z tym stwierdzeniem. Choć większa część książki skupia się na tym co wymieniłem, w tle autor wplata inne wątki. Na przykład gdzieś w tle mamy historię tajemniczego morderstwa, o którym Orin dowiaduje się od żony, zaś później spotykamy młodego policjanta, który w kostnicy stoi przy ciele ofiary. Jego wątek dorzuca nam do stworzonego przez Ziemkiewicza świata „sektę” jessenistów – tradycyjnych katolików, którzy zachowali swoją wiarę i Mszę Wszechczasów nienaruszonymi w świecie postępu, ekumenicznie rozchlapciałego „oficjalnego” Kościoła i ogólnie fasadowej religijności. Do tego jest też trzeci wątek rosyjskich oligarchów, czy też korpokratów, którzy zlecają potomkowi jednego ze swoich byłych wspólników rozpracowanie żony Orina, która prowadzi kampanię PRową jakiegoś polityka. Niemniej wszystkie te wątki, jak uważam, gubią się przyćmione innymi elementami książki.

Paradoksalnie Ziemkiewicz stworzył bardzo dobrze zarysowane postaci, ale nie dał im za bardzo historii, którą mogliby dla nas – czytelników odegrać. Mogę powiedzieć, że znielubiłem Orina, który okazał się dość męczącym typem artysty-egocentryka, mężczyzną słabym, który trwoni posiadany talent i wyniszcza swoje małżeństwo. Z policjantem Schidem odczuwam pewną nić sympatii. Jest to młody człowiek, który nie odnalazł się w bylejakości świata, w jakim przyszło mu żyć i dopiero wiara pozbawiona kompromisów ze współczesnością pomogła mu znaleźć upragniony porządek i sens życia. Żałuję, że było go tak niewiele, bo z ciekawością przeczytałbym jego przemyślenia i poznał go lepiej. Trzeciego z bohaterów – Wiktora Prepostvarego – umieściłbym chyba gdzieś po środku skali „lubię – nie lubię”. Jest on korpodziedzicem (termin własny, nie książkowy), który dostał zadanie od przełożonego jako szansę na przepustkę do wyższych szczebli organizacji. Prepostvary to cynik, kojarzący się z drapieżnikiem, który czając się ukryciu zimnym okiem analizuje i profiluje swoją ofiarę. Odstręcza, to fakt, jednak w porównaniu z niezdecydowanym i rozmemłanym Orinem, przynajmniej jest jakiś. Tak jak mówię, bohaterowie to niewątpliwie bardzo mocny element tej powieści. 

Walc stulecia, niewątpliwie skojarzy się czytelnikowi z innymi, dystopijnymi powieściami, które opisują świat, w jakim nie chcieliby żyć. W odróżnieniu od Nowego wspaniałego świata, 451 stopni Fahrenheita albo innej tego typu książki, ciężko jednak znaleźć jakąś konkretną nić fabuły, którą czytelnik może podążać. Postacie coś robią. Bethlen pracuje nad grą, wdaje się w romans, rozważa losy wybuchu I wojny światowej, wreszcie staje się ofiarą kafkowego procesu. Schid zajmuje się wspomnianym morderstwem, by potem na polecenie przełożonych (a raczej organizacji rosyjskich korpo-oligarchów) zająć się Orinem, gdy ten zostaje niesłusznie oskarżony i wtrącony do aresztu. Rosjanin Wiktor, mający najmniej „czasu ekranowego” profiluje żonę Orina, by ją psychicznie rozbroić, a wraz z tym zniszczyć kampanię, która ona prowadzi. Można powiedzieć, że to on jest architektem przykrego losu Bethlena, przez którego postanawia uderzyć w nią. Wszystko to co wymieniłem jest jak rozsypane puzzle albo koła zębate, które częściowo się ze sobą stykają, a kawałki układanki wskakują na swoje miejsce. A jednak maszyna nie rusza z pełną parą, zaś obraz nie zostaje ukończony.

Sądzę, że jest to skutkiem rozłożenia akcentów. Gdyż lwią część narracji zajmuje komentarz narratora, wypowiadany głosem danej postaci poprzez jej monolog wewnętrzny. Jest to zazwyczaj jakiś komentarz, mini-felieton o historii, psychice ludzkiej czy stanie społeczeństwa. I uważam te ściany tekstu za naprawdę dobre. To kolejna, sycąca czytelnika warstwa książki. Każdy z tych, jak to nazwałem, mini-felietonów, czyta się dobrze i z pasją. Można z nimi polemizować albo się zgodzić, ale nie żałuję poświęconego czasu na ich lekturę. Być może zawodzi mnie pamięć, ale wydaje mi się, że w jakimś miejscu Rafał Ziemkiewicz sam stwierdził, że dobrowolnie odłożył pióro prozaika na półkę. Gdy zacząłem lekturę Walca nie rozumiałem tej samokrytyki. Teraz, gdy mam już książkę za sobą, zrozumiałem. Autora ściąga grawitacja tekstów publicystycznych, przygniatając swoim ciężarem inne aspekty prozy. Pokuszę się nawet i napiszę, że fabuła była tu pretekstem do wyrażenia różnorakich przemyśleń autora. 

Nie chciałbym zakończyć tej recenzji z wrażeniem, że krytykuję Walc stulecia. Wręcz przeciwnie. Z czystym sumieniem zachęcam do wzięcia tej książki do ręki i samodzielnej lektury. W tych aspektach, w których ją pochwalam – naprawdę błyszczy. Warto tu zaznaczyć, że omawiana pozycja została wydana w 1998. Podkreślam to, gdyż autor całkiem trafnie przewidział dalsze gnicie cywilizacji zachodniej. Współczesne problemy z jakimi mierzy się prawica: państwa narodowe w stanie zaniku, infantylizacja i rozmycie wiary katolickiej, oraz istniejąca w kontrze do niej wspólnota katolików wiernych Tradycji, inkluzywny język, urzędnicze absurdy, czy etniczne sub-społeczności żyjące wewnątrz organizmu społecznego. To wszystko co dzisiaj jest treścią naszej debaty politycznej i kulturowej Ziemkiewicz całkiem trafnie opisał w swojej książce niemal już 30 lat temu. I za to należy się mu podziw.

Inne teksty autora.