piątek, 25 września 2026

Nowe Kształty

Polityka · cywilizacja · społeczeństwo

Pismo o rzeczach fundamentalnych — cywilizacja, wiara, prawo.

Waga sprawiedliwości i księga prawa przed budynkiem sądu, symbol spornej interpretacji przepisów

Prawo o ustroju sądów administracyjnych a sprawa Berka

Spór o nominację Macieja Berka do Trybunału Konstytucyjnego pokazuje, że nawet uznani prawnicy mylą się w interpretacji obowiązujących przepisów.

Sprawa sędziego Berka rozpala nie tylko prawników – a Polacy, chcąc zrozumieć, kto ma rację, muszą poruszać się wśród przepisów. Przykro tylko, gdy autorytety prawnicze przedstawiają opinii publicznej… nieprawdę.

Kto krytykuje nominację Berka?

Przeciwnikami wprowadzenia ex-ministra Berka do Trybunału są nie tylko konserwatyści – również przedstawiciele strony liberalnej, tacy jak prof. Łętowska, prof. Matczak, prof. Kardas (który, skądinąd, ostatnimi czasy przechodzi ciekawą metamorfozę zasługującą na odrębne omówienie) czy prof. Stępień. Osobom, które do tej pory nie śledziły prawniczego światka szczególnie aktywnie, wyjaśnić należy, że Jerzy Stępień to, między innymi, sędzia Trybunału Konstytucyjnego w stanie spoczynku, który w latach 2006–2008 pełnił nawet funkcję Prezesa Trybunału. Jest to więc postać, która realia Trybunału zna doskonale.

W opublikowanym na Nowych Kształtach artykule „Ulubiony prawnik Tuska w tarapatach – czyli Macieja Berka (i nasze) kłopoty” wskazywałem, że ustawodawca uznał, iż w Trybunale zasiadać powinni prawnicy „wyróżniający się wiedzą”, którzy muszą spełniać wymagania niezbędne do pełnienia urzędu sędziego Sądu Najwyższego lub Naczelnego Sądu Administracyjnego – a są to bądź prawnicy będący przedstawicielami świata akademickiego (profesorowie i doktorzy habilitowani nauk prawnych), bądź posiadający dziesięcioletnie doświadczenie w praktyce zawodowej przedstawiciele zawodów (adwokaci, radcowie prawni, prokuratorzy, sędziowie etc.). Tymczasem Jerzy Stępień w wywiadzie dla Interia.pl podniósł, że ma pretensje do Berka o to, że ten wdał się w spór o to, czy przez dekadę pracował jako radca prawny, gdyż:

„nie musiał tego robić. Staż, który otwiera drogę do Trybunału, wynika także z ustawy o Naczelnym Sądzie Administracyjnym. Żeby być sędzią TK, trzeba spełniać kwalifikacje na sędziego Sądu Najwyższego lub NSA. Z punktu widzenia ustawy o SN on tych kryteriów nie spełnia: nie był sędzią, notariuszem i nie wykonywał zawodu radcy prawnego – niekwestionowany okres wykonywania zawodu radcy to dwa lata. Natomiast ustawa o NSA mówi jasno, że wystarczy dziesięć lat pracy na stanowisku kierowniczym związanym ze stosowaniem prawa. I on to chyba ma, choć też nie sprawdzałem. Moim zdaniem nie doczytał ustawy. To się prawnikom zdarza – mnie też – dlatego staram się sprawdzać dwa razy, a nie wierzyć sobie”.

Co mówią przepisy w rzeczywistości?

Przyznam się szczerze – sytuacja jest wyjątkowo zabawna, gdyż… jest to nieprawda. Nie chcąc zarzucić prof. Stępniowi, prawnikowi absolutnie wybitnemu, celowego przedstawiania nieprawdziwego stanu prawnego, pozwalam sobie stwierdzić, że, o ironio, to właśnie ten wybitny przedstawiciel świata prawniczego „nie doczytał ustawy” i się myli. Jak bowiem jest naprawdę?

Ustawa o statusie sędziów Trybunału Konstytucyjnego wskazuje w art. 3, że „sędzią Trybunału może zostać osoba, która wyróżnia się wiedzą prawniczą oraz spełnia wymagania niezbędne do pełnienia urzędu na stanowisku sędziego Sądu Najwyższego lub sędziego Naczelnego Sądu Administracyjnego”. Ustawa o Sądzie Najwyższym, o której mówi także prof. Stępień, wskazuje w art. 30 znane już nam kryteria, wśród których kluczowym jest to, że przyszły sędzia „posiada co najmniej dziesięcioletni staż na stanowisku sędziego, prokuratora, Prezesa Prokuratorii Generalnej Rzeczypospolitej Polskiej, jej wiceprezesa, radcy, albo przez co najmniej dziesięć lat wykonywał w Polsce zawód adwokata, radcy prawnego lub notariusza”, ale wymogi te „nie dotyczą osoby, która posiada tytuł naukowy profesora albo stopień naukowy doktora habilitowanego nauk prawnych i pracowała w polskiej szkole wyższej, Polskiej Akademii Nauk, instytucie naukowo-badawczym lub innej placówce naukowej”. To są te kryteria, o których mówią wszyscy – w tym prof. Stępień oraz ja we wspomnianym już tekście dla Nowych Kształtów.

Prawo o ustroju sądów administracyjnych – kluczowe rozróżnienie

Spójrzmy teraz w inną ustawę – nie, nie ustawę o Naczelnym Sądzie Administracyjnym, gdyż ta została uchylona, ale w obowiązujące dziś Prawo o ustroju sądów administracyjnych. W art. 6 tej ustawy wskazano, iż sędzią może zostać ten, kto „pozostawał co najmniej osiem lat na stanowisku sędziego, prokuratora, prezesa, wiceprezesa lub radcy Prokuratorii Generalnej Rzeczypospolitej Polskiej albo przynajmniej przez osiem lat wykonywał zawód adwokata, radcy prawnego lub notariusza albo przez dziesięć lat pozostawał w instytucjach publicznych na stanowiskach związanych ze stosowaniem lub tworzeniem prawa administracyjnego lub pracował w charakterze asesora sądowego w wojewódzkim sądzie administracyjnym co najmniej dwa lata”, albo (podobnie jak w przypadku SN) posiada stopień naukowy doktora habilitowanego albo profesora nauk prawnych. Jest tylko pewien haczyk… to są wymagania niezbędne do tego, by zostać sędzią wojewódzkiego sądu administracyjnego, a nie Naczelnego Sądu Administracyjnego.

W przypadku sędziów Naczelnego Sądu Administracyjnego ta sama ustawa w art. 7 § 1 mówi nam tak:

„Do pełnienia urzędu na stanowisku sędziego Naczelnego Sądu Administracyjnego może być powołany ten, kto spełnia wymagania określone w art. 6 § 1 pkt 1–4 i 6, jeżeli ukończył 40 lat oraz pozostawał co najmniej dziesięć lat na stanowisku sędziego, prokuratora, prezesa, wiceprezesa lub radcy Prokuratorii Generalnej Rzeczypospolitej Polskiej albo przynajmniej przez dziesięć lat wykonywał zawód adwokata, radcy prawnego lub notariusza. Wymaganie ukończenia 40 lat nie dotyczy sędziego, który co najmniej przez trzy lata pozostawał na stanowisku sędziego wojewódzkiego sądu administracyjnego”

bądź ten, kto, znów, wybrał znaną nam już ścieżkę akademicką.

Dwa morały

Jaki jest więc z tego morał? Morały są dwa. Pierwszy z nich jest taki – nawet najwybitniejsze autorytety prawnicze mogą się mylić (nie podejrzewam akurat prof. Stępnia o celowe kłamstwo mające na celu legitymowanie działań Koalicji Obywatelskiej, gdyż w tym samym wywiadzie wskazuje on, że „nie da się siłą przywracać praworządności”), stąd warto, słuchając prawników komentujących ów spór, myśleć krytycznie, brać pod uwagę, że mogą być w błędzie, oraz, co nie jest specjalnie trudne, weryfikować prezentowane przez nich stanowiska poprzez sięganie do ustaw, które są przecież dostępne dla każdego od ręki. Morał drugi zaś jest następujący – Donald Tusk i jego ekipa pogłębiają chaos ustrojowy do tego stopnia, że nawet uznani prawnicy gubią się w tym, co się dzieje. Postulat „resetu” zyskuje na aktualności – i pozostaje tylko apelować do polskiej klasy politycznej, by wreszcie ów reset został przeprowadzony.