Premier Donald Tusk, chcąc albo nie chcąc, wpakował swojego najbardziej zaufanego człowieka w nie lada kłopoty (ciężko bowiem uwierzyć, by były już minister nie znał kryteriów umożliwiających powołanie na sędziego TK)… Maciej Berek – jeden z najbardziej zaufanych ludzi Donalda Tuska, człowiek, którego lider Koalicji autentycznie ceni, którego autentycznie lubi, a przede wszystkim któremu autentycznie ufa. Maciej Berek – prawnik, doktor nauk prawnych, radca prawny, adiunkt wpierw w Katedrze Prawa Konstytucyjnego UMCS, a następnie Katedrze Prawa Konstytucyjnego UW, w przeszłości, między innymi, prezes Rządowego Centrum Legislacji, dyrektor generalny Biura Rzecznika Praw Obywatelskich oraz minister w rządzie Donalda Tuska (najpierw „bez teki”, a następnie „minister nadzoru nad wdrażaniem polityki rządu”). Mogę, jako konserwatysta, niespecjalnie podzielać przekonania światopoglądowe i polityczne Macieja Berka, mogę, jako prawnik, a wręcz (podobnie jak Berek) jako konstytucjonalista, cenić jego dorobek naukowy i kompetencje. Dlatego muszę rzec – zaiste, nie rozumiem tego, co się w ostatnich dniach wydarzyło. Polityczny news, że oto Donald Tusk zadecydował, iż Maciej Berek, niczym komandos z jednostki specjalnej, wkroczy jako nowo-powołany sędzia do Trybunału Konstytucyjnego z misją „zrobienia porządku”, poraził nie tylko prawicowców – nawet sympatyzujący ze stroną liberalną komentatorzy, tacy jak prof. Marcin Matczak, podkreślają, iż wielce kontrowersyjną praktyką jest by z życia politycznego przechodzić do roli sędziego Trybunału Konstytucyjnego bez choćby krótkiej przerwy między aktywnością polityczną, a aktywnością sędziowską. Co więcej, przypominano, iż koalicja rządząca chciała zreformować Trybunał przyjmując ustawę właśnie przewidującą wymóg kilkuletniej pauzy – i choć projekt ten nie wszedł w życie, to sygnalizował jakie standardy, rzekomo, miałyby obowiązywać w wymarzonym przez liberałów Trybunale. Poziom hipokryzji Koalicji Obywatelskiej przeraził nawet jej zwolenników. Problem jest jednak znacznie większy – choć Konstytucja RP w art. 194 ust. 1 wskazuje jedynie, że „Trybunał Konstytucyjny składa się z 15 sędziów, wybieranych indywidualnie przez Sejm na 9 lat spośród osób wyróżniających się wiedzą prawniczą” a ponowny wybór jest niedopuszczalny, to ustawodawca doprecyzował jakie kryteria kandydat musi spełniać by móc zostać sędzią TK. I tak oto, najkrócej rzecz ujmując, ustawodawca uznał, iż w Trybunale zasiadać powinni bądź „wyróżniający się wiedzą” prawnicy muszą spełniać wymagania niezbędne do pełnienia urzędu sędziego Sądu Najwyższego lub Naczelnego Sądu Administracyjnego – a są to bądź prawnicy będący przedstawicielami świata akademickiego (profesorowie i doktorzy habilitowani nauk prawnych), bądź posiadający dziesięcioletnie doświadczenie w praktyce zawodowej przedstawiciele zawodów (adwokaci, radcowie prawni, prokuratorzy, sędziowie etc.). Koalicja Obywatelska dość „liberalnie” podchodzi do owych przepisów – oto niedawno Sejm wybrał do pełnienia tej zaszczytnej funkcji dr. Magdalenę Bentkowską, która to, wobec Prezydenta, prawidłowo złożyła ślubowanie i dziś zasiada w budynku Trybunału przy Alei Szucha. Faktem jest, że spełniła ona wymóg 10-letniej praktyki zawodowej (nie posiada ona habilitacji) – czy jednak „wyróżnia się wiedzą prawniczą”? Tego, niestety, nie wiem – jednak w Internecie udało mi się znaleźć historię zaledwie jednej (!) głośnej sprawy, w której brała udział jako pełnomocnik, zaś za pomocą znanej każdemu badaczowi wyszukiwarki Google Scholar udało mi się odnaleźć zaledwie trzy publikacje naukowe (artykuły, rozdziały w monografiach naukowych etc.), jakie w swym życiu miała ona opublikować. Czy to dużo? Cóż, przeciętny naukowiec potrafi opublikować większą ilość w ciągu jednego roku, dlatego ocenę zaangażowania Pani Doktor w życie polskiej nauki pozostawiam Czytelnikowi. W przypadku ministra Berka sytuacja jest jeszcze inna i, paradoksalnie, jeszcze gorsza – otóż dr Maciej Berek jest uznanym konstytucjonalistą i nie widziałbym żadnych merytorycznych przeciwwskazań by został on sędzią Trybunału (kontrowersje budzi raczej to, na ile byłby on niezależnym od Donalda Tuska). Jest jednak doktorem, a nie doktorem habilitowanym – dlatego, mimo jego doświadczenia akademickiego i licznych publikacji, pozostaje nam tylko policzyć jego staż jako radcy prawnego. Niestety, szybki kontakt z biografią zawodową ex-ministra oraz kalkulatorem pozwala nam ustalić, iż radcą prawnym był przez lat osiem, a nie dziesięć. A zatem Maciej Berek nie spełnia kryteriów niezbędnych do tego by zostać sędzią Trybunału. Może on, na najbliższe lata, powrócić do zawodu radcy prawnego (z pewnością nie cierpiałby, zwłaszcza aktualnie, na brak zleceń), może poświęcić się nauce by uzyskać habilitację – ale niemożliwym jest by został on sędzią Trybunału. Dekadę temu Polskie Stronnictwo Ludowe chciało by sędzią TK został Bronisław Sitek, doświadczony urzędnik, będący nie tylko doktorem, ale wręcz doktorem habilitowanym nauk prawnych… lecz, o ironio, nie będący prawnikiem w rozumieniu ustawy. Dlaczego? Bo Sitek w młodości ukończył studia magisterskie z prawa… kanonicznego, tymczasem ustawodawca wyraźnie wymaga od sędziego Trybunału, by ten legitymował się dyplomem ukończenia studiów prawniczych. Uznano wówczas, iż, niestety, nie spełnia on ustawowego kryterium – i dziś to samo spotyka ministra Berka. Dziennikarze polityczni twierdzą, iż marzeniem Berka jest rola sędziego TK gdyż traktuje on tę funkcję jako zwieńczenie kariery konstytucjonalisty – i, również jako konstytucjonalista, doskonale to marzenie rozumiem. Niestety, śmiało można uznać, że ex-minister, niespełniający dziś ustawowego kryterium wymaganego od sędziego TK, nie tylko zyska status nieporównywalnie bardziej kontrowersyjny i wątpliwy niż tzw. „neo-sędziowie” – ale samemu zniszczy swoją własną karierę i swój wizerunek. Ciężko będzie traktować poważnie konstytucjonalistę który zgodzi się na tak jawne pogwałcenie przepisów. Maciej Berek jest człowiekiem młodym – ma zaledwie 54 lata. Faktem jest, że bardzo wielu sędziów TK zostawało nimi właśnie po 50-tce, ale można wskazać wielu sędziów, którzy zostawali nimi po 60-tce (np. Leon Kieres, Lech Morawski, Stanisław Rymar) a dwoje rekordzistów (Biruta Lewaszkiewicz-Petrykowska i Marek Mazurkiewicz) dopiero w wieku 70 (!) lat. Ma jeszcze czas by spełnić swoje marzenie o tym by orzekać przy Szucha – i wszystkie narzędzia niezbędne do tego, by, w stosunkowo krótkim terminie, spełnić choćby jedno z ustawowych kryteriów. Niestety, owa beznadziejna sytuacja (marzenia i ambicje z jednej strony, gotowość Donalda Tuska do ich spełnienia oraz jednoczesna chęć podjęcia działań celem wprowadzenia do Trybunału „swojego” człowieka, wreszcie prawne ograniczenia) nie są wyłącznie problemem ex-ministra. To również, kolejny już raz, nasz problem – każdy scenariusz pogłębi chaos konstytucyjny. Co bowiem się wydarzy po, ewentualnym, głosowaniu w Sejmie? Prezydent może ogłosić, że, jako strażnik Konstytucji, dostrzegając próbę wprowadzenia do Trybunału Konstytucyjnego osoby do tego nieuprawnionej, nie może przyjąć takiej przysięgi – a to pogłębi kryzys, sympatycy aktualnej władzy głosić będą, iż oto „prawidłowo” (no właśnie nie!) wybrany przez Sejm sędzia nie ma możliwości orzekania, a jeśli Sejm, w przyszłości, wybierze kolejnego sędziego prawidłowo, to stanie się on kolejnym „dublerem”. Z kolei gdyby Prezydent zdecydował się, mimo opisanych wyżej okoliczności, zdecydował się takie ślubowanie przyjąć – to wówczas z kolei w Trybunale znajdzie się sędzia z całą pewnością nieuprawniony do orzekania, a to sprawi, że wówczas to krytycy aktualnej władzy będą mogli (nie bez racji) dowodzić, iż TK jest źle obsadzony i będą mogli kwestionować legalność wydawanych orzeczeń… Tak oto wygląda sytuacja 11 lat od czasu, gdy Platforma Obywatelska postanowiła podjąć próbę obsadzenia Trybunału Konstytucyjnego sędziami „na zapas” – czego głównym architektem był nie kto inny, tylko Robert Kropiwnicki, nie tylko polityk, ale i konstytucjonalista, którego imię już zapisało się w historii Polski, ale, niestety, jako ojca ustrojowego chaosu. Więcej artykułów od autora. Nawigacja wpisu Tradycjonalisto – dokąd zmierzasz? – M. Kmieć