Ułatwienia dostępu

Karol Nawrocki zawetował ustawę o pomocy dla Ukraińców znajdujących się na terytorium Polski oraz zapowiedział zakaz promowania symboli banderowskich. Rozgorzała w mediach dyskusja cechuje się typowymi stereotypami klasy inteligenckiej i po wielu stronach widać braki w słuchaniu zwykłych Polaków.

Zacznijmy od tego, że choć kwestia bezpieczeństwa i niepodległości Polski jest w sprawie ukraińskiej najważniejsza, nie jest kwestią absolutną i mylą się ci, którzy nie tylko nawołują do podporządkowania wszystkich innych spraw tej fundamentalnej, ale mylą się przede wszystkim ci, którzy uważają, że jest to możliwe. Jest to właśnie NIEMOŻLIWE i życie społeczne jest zbyt złożone, by móc wszystko podporządkować tylko jednemu. Dodam tylko, że interesy polskie nie są zawsze zbieżne z ukraińskimi. Jeżeli pewna retoryka m.in. w sprawie banderyzmu wydaje się zbieżna z retoryką Kremla, nie oznacza to, że polska reprezentuje interesy rosyjskie. To są oczywistości, a jednak sporo osób w Polsce wyciąga takie niedorzeczne wnioski.

Arystoteles słusznie zauważył, że cnotą ludu jest słuszne mniemanie – powszechna emocja, która wskazuje władzom na dany problem i domaga się rozwiązania. Tyle. Istnieje w Polsce dystans do pomocy Ukraińcom w Polsce. Skądś się on wziął. I tu objawia się cała pooświeceniowa, liberalna elita inteligentów w Polsce, którzy podskórnie wierzą, że zwykli Polacy to motłoch, którego trzeba trzymać za twarz, bo wyjdą wszystkie demony faszyzmu i ksenofobii, że ich rolą jest oświecać, pouczać, umoralniać. Stąd podstawowy mit na temat owej emocji. Polacy są za wetem, bo… zostali zmanipulowani w mediach przez prawicowych populistów i demagogów. Jeżeli mamy do czynienia z poparciem na poziomie jednego procenta, można by tak uważać, ale powszechne emocje nie biorą się z takiej manipulacji. Nie ma takiej możliwości, muszą być oparte na rzeczywistości. Oczywiście w te emocje wchodzą politycy, którzy to potem podkręcają, ale powtarzam, każdy, kto uważa, że stosunek Polaków do Ukraińców bierze się z manipulacji polityków, się mylą.

Wielu Polaków nie ogląda nawet telewizji, nie słucha żadnych podkastów, nie czyta gazet. Za to chodzi do przychodni, szpitala, na targowisko miejskie, jeździ komunikacją miejską, rozmawia z sąsiadami, z rodziną, ze sprzedawcami w Żabce. I stąd biorą się społeczne problemy, które domagają się rozwiązania politycznego, choćby brak mieszkań komunalnych dla Polaków, bo zajmują je Ukraińcy.

Emocja narodu jest zresztą emocją, nie dogmatem. To nie jest tak, że Polacy są antyimigranccy, bo zawsze tacy byli i będą. Nie, to jest konkretny problem. Jeżeli on zostanie rozwiązany, okaże się, że dana emocja zniknie. Kropka. Naród nie jest wściekłym zwierzęciem, którego trzeba tresować. Wymyka się schematom PR-owców i zawodowych polityków, dzięki czemu to właśnie zwykli ludzie często wprowadzają zdrowy rozsądek.

Jest coś więcej w tym wecie Prezydenta. Kierując się hasłem: „Po pierwsze Polska, po pierwsze Polacy”, przywraca elementarny rozsądek w polskiej polityce, która od dekad pragnie dobra dla wszystkich poza własnymi obywatelami. To nie chodzi o to, że brak 800 plus dla Ukraińców niepracujących będzie jakimś wielkim przełomem. Sądzę w ogóle, że w położeniu prawie wszystkich obywateli Ukrainy mieszkających dziś w Polsce nic się nie zmieni. Zmieni się jednak odczucie społeczne. Oto polityk publicznie opowiedział się za nimi. Dla wielu Polaków może to być pierwsze takie odczucie w życiu, że ktoś w państwie stanął za nimi, zamiast bronić obywateli innych państw. Nie chodzi o wrogość do innych, chodzi o to, by raz na zawsze zamknąć rodzimą ojkofobię, nieustanne pouczanie Polaków, traktowanie ich jak dziwolągów ciągle domagających się wychowania jak małe dzieci.

Rolą elit jest oczywiście wyhamowanie pewnych radykalizmów, ale nie ma dzisiaj tej groźby. Polacy są narodem ogromnie tolerancyjnym, przymykają oko na bardzo wiele rzeczy. Tu nikt nikogo na ulicy ścigać nie będzie. Chodzi wyłącznie o rozwiązanie realnych problemów, o dostrzeżenie ich i o wzięcie w obronę obywateli tego kraju. To wszystko.

Zresztą różne problemy społeczne nie znikają, gdy się do nich elita zdystansuje i potępi. Wielu realistów geopolitycznych krytykuje polski romantyzm, ale należy on do naszej kultury i jest możliwy do przełamania wyłącznie poprzez zrozumienie go i przyjęcie jako istniejącego. Decyzja o wybuchu Powstania Warszawskiego jest dyskusyjna, ale nie można traktować tego wydarzenia wyłącznie przez pryzmat strat w ludziach, trzeba w nie wejść, zrozumieć motywy tych, którzy żyli pod niemiecką okupacją, zrozumieć, że wydarzenie te jest częścią tragicznego losu Narodu. Krytykując je z pozycji dystansu, wyłącza się człowiek niejako ze wspólnoty. Tak samo jest z polaryzacją polityczną w Polsce. Inteligent stojący z boku, mówiący, że to wszystko jest teatrem, w którym nie należy się babrać, nigdy nie zrozumie realnych problemów społecznych, które stworzyły ten podział, a przez co, nigdy tego podziału nie złamie. I wreszcie, tak samo jest z dystansem do pomocy Ukrainie. Krytykując weto prezydenta i pouczając Polaków poprzez statystyki ekonomiczne i mówienie o zagrożeniu, jakim jest Rosja, bez realnego wejścia w problem społeczny, niczego nie rozwiąże, a jedynie ten problem pogłębi, pogłębi też coraz większą przepaść między ludem a elitami.

I na koniec, dwa zdania o propozycji zakazania symboli banderowskich. Wciąż czytam, że na Ukrainie to mało kto wie o Wołyniu, że nikt ich tego nie uczył, że oni nie rozumieją, dlaczego w Polsce jest Bandera oceniany negatywnie, że dla nich to bohater walk o niepodległość, a takiego Petlury to nikt nie zna (i to podobno z tego powodu, że to Polska go nie promowała!). To raczej argument przemawiający za wprowadzeniem takich przepisów, a nie przeciw. Przypomnę, że prawo posiada również funkcję wychowawczą. Skoro nikt tego na Ukrainie nie uczy, to my w Polsce tę lukę wypełnimy, także poprzez prawo i zaczniemy uczyć!