Ułatwienia dostępu

Należy zmienić prawo i w ustawie o sporcie uregulować kto może kierować polskim związkiem sportowym.

Zimowe igrzyska olimpijskie Polska kończy z rezultatem czterech medali – i to głównie dzięki nowemu objawieniu w skokach narciarskich [1] (wbrew spadającej na niego w ostatnich miesiącach krytyce Polski Związek Narciarski pozostaje najważniejszym dostarczycielem olimpijczyków w sportach zimowych). Jest to wynik, nazwijmy go delikatnie, zdecydowanie poniżej naszych narodowych oczekiwań – Polska nie przywozi z Italii ani jednego złota, w klasyfikacji generalnej zajmujemy pozycję daleką od podium.

Jest to więc doskonały moment by postawić pytanie o kondycję polskiego sportu w ogóle  – co można zmienić by było w polskim sporcie lepiej niż jest dzisiaj?

Powszechnie wiadomym jest, iż polskimi związkami sportowymi kierują działacze sportowi – część z nich to zasłużeni dla swojej dyscypliny sportowcy (patrz: Adam Małysz w PZN), część to dawni trenerzy, sędziowie, fizjoterapeuci, dziennikarze sportowi czy wreszcie, po prostu, memiczni „zawodowi działacze”, od lat wspinający się po szczeblach kariery od aktywności w lokalnej strukturze, aż na jej szczyt w zarządzie polskiego związku sportowego. Zostawmy na boku tych ostatnich (nimi i tak często interesują się dziennikarze i prokuratorzy), a postawmy  pytanie – czy sukcesy sportowe sprawiają z automatu, że dawny medalista olimpijski z automatu staje się sprawnym menedżerem i będzie dobrze kierować organizacją?

Dwa lata temu na łamach internetowego wydania „Krytyki Politycznej” Piotr Wójcik kpił (przy okazji tzw. „afery Collegium Humanum”), że:

„Mój mąż jest z zawodu dyrektorem” – ten słynny cytat z filmu Poszukiwany, poszukiwana dowodzić miał zepsucia kultury organizacyjnej w PRL, w której aparatczycy specjalizowali się w zasiadaniu na stanowiskach kierowniczych, skacząc od zakładu do zakładu bez względu na branżę. Ich specjalizacją było zarządzanie, czyli trudna sztuka lawirowania pomiędzy różnymi interesami osób tworzących organizację, by finalnie wszyscy byli zadowoleni, a target dowieziony. Nie miało tu znaczenia, czy chodzi o zakład papierniczy, czy fabrykę opon, przecież wszędzie ludzie kłócą się mniej więcej o to samo. We współczesnym kapitalizmie zdobycie „zawodu” dyrektora nie jest już postrzegane jako powód do wstydu, wręcz przeciwnie – to przepustka do pierwszej ligi biznesu (…) Zawodowi menadżerowie to choroba tocząca współczesną gospodarkę rynkową od lat. (…) Głodne kariery młode tygrysy biznesu zatrudniane na kluczowych stanowiskach menadżerskich wchodzą do firmy i układają pracę doświadczonym elektrykom, spawaczom czy operatorom maszyn”.

Autor z rozżaleniem stwierdza w tekście, iż wielkim nieszczęściem jest fakt, że za zarządzanie nie biorą się „doświadczeni członkowie załogi” którym „ludzie ufają”, lecz menedżerowie patrzący na przedsiębiorstwo „z góry”.

Fundamentalnie nie zgadzam się z zacytowaną opinią. Zastanówmy się – dlaczego prawodawca w ustawie z dnia 16 grudnia 2016 r. o zasadach zarządzania mieniem państwowym wprowadził wymogi dla kandydatów na członków organów nadzorczych oraz organów zarządzających i tak oto np. w przypadku uprawnień dla członków rad nadzorczych (art. 19 ustawy) każda z dróg wiodących do ich uzyskania (MBA, certyfikaty takie jak ACCA, stopień naukowy doktora nauk ekonomicznych, prawnych lub technicznych, etc.), co do zasady, nie wiąże się wcale z „wieloletnim doświadczeniem w przedsiębiorstwie”, lecz głównie z doświadczeniem w zakresie nauk ekonomicznych? Najwięcej mówi nam o oczekiwaniach ustawodawcy względem potencjalnych menedżerów art. 21 wspomnianej ustawy, który mówi o egzaminie dla kandydatów do rad nadzorczych spółek Skarbu Państwa, a który obejmuje pytania z zarządzania, ekonomii, prawa czy zasad ładu korporacyjnego.

Cóż, odpowiedź jest bardzo prosta – ów obśmiany w PRL-owskiej komedii „dyrektor z zawodu” symbolizował nie menadżera jako takiego, lecz komunistycznego aparatczyka, tępego i pracującego na stanowisku nieadekwatnym do swoich kompetencji. Natomiast, wbrew twierdzeniom Piotra Wójcika, wyśmiewana przez niego teoria o podobieństwie zarządzania w różnych środowiskach jest faktem – zarządzanie w organizacji wymaga posiadania wiedzy która, do pewnego stopnia (!), jest uniwersalna. Śledząc kariery cenionych menedżerów, odnotujemy, że często pracowali oni w więcej niż jednej gałęzi gospodarki – co, oczywiście, zmuszało ich także do zapoznania się z realiami i specyfiką danej branży.

Wszyscy zgodzimy się, iż to zarządy i rady nadzorcze dużych podmiotów gospodarczych składające się, przede wszystkim, z ekonomistów, finansistów i prawników, budzą nasze zaufanie (oczywiście, w niektórych przypadkach, np. spółek energetycznych, obecność osób z wiedzą w zakresie nauk technicznych jest też bardzo ważna) – a nie stworzone z grona osób, które „znają branżę od podszewki” gdyż przepracowały w zakładzie całe swoje życie i potrafiły dekadami odpowiednio obsługiwać maszynę przy swoim stanowisku pracy. Tymczasem w polskich związkach sportowych przyjęto taką właśnie filozofię, w której zasiadanie w zarządzie jest swoistą „nagrodą” za sukcesy w swoim zawodzie – i efekty tego doskonale widzimy.

Bez względu na to czy mowa o zarządzaniu organizacją pozarządową, instytucją publiczną czy spółką – wszędzie potrzebna jest dokładnie ta sama wiedza dotycząca zarządzania kadrami, finansami, monitorowania realizacji projektów, negocjacji biznesowych, tworzenia korzystnych dla organizacji umów, pozyskiwania funduszy, wdrażania polityk… można tak wymieniać długo. Oczywiście, istnieje znaczna różnica w kierowaniu gigantem energetycznym czy bankowo-finansowym a kierowaniem lokalnie funkcjonującym stowarzyszeniem – jeśli chodzi o skalę działalności czy odpowiedzialność; jednak nawet w NGO-sie warto wiedzieć czym są kamienie milowe, wykres Gantta, komitet sterujący czy, aktualnie modne, zarządzanie turkusowe.

Nawiązywałem wyżej do spółek Skarbu Państwa nieprzypadkowo – choć państwo polskie finansuje polskie związki sportowe dotacjami z budżetu państwa i poprzez sponsorów takich jak Orlen czy Totalizator Sportowy, to ustawa z dnia 25 czerwca 2010 r. o sporcie nie stawia żadnych wymogów polskim związkom sportowym co do wykształcenia ich członków zarządu. Jako społeczeństwo mamy przeciwko temu wreszcie zaprotestować i oczekiwać od prawodawcy zmiany sytuacji, w której setki milionów złotych (budżet Polskiego Związku Piłki Nożnej przekracza rocznie 300 milionów!) powierzane są osobom które, bardzo często, nie mają żadnego dyplomu z zakresu zarządzania i które, najwyraźniej, nie potrafią zarządzać nimi w prawidłowy sposób.

Polskie związki sportowe nie są instytucjami państwowymi – są stowarzyszeniami, którym minister sportu nadaje taki status, jednak by móc go otrzymać, należy spełnić ustawowe wymagania. Ustawa o sporcie reguluje też długość kadencji władz polskiego związku sportowego, ilość kadencji prezesa zarządu czy – co szczególnie istotne – szczegółowo opisuje kto nie może zostać członkiem zarządu (art. 9 ust. 3 ustawy). Nic nie stoi więc na przeszkodzie, by wprowadzić nowe przepisy, wymuszające na członkach zarządu (jeśli nie wszystkich, to przynajmniej części z nich) posiadanie naukowych kwalifikacji z obszaru zarządzania.

Być może część działaczy sportowych zdecyduje się na podniesienie kompetencji, a być może część z nich trzeba będzie zastąpić menedżerami z rynku, przez co działacze sportowi będą zmuszeni zmienić charakter swojej pracy w związku (stając się np. doradcami zarządu). Rozumiem, że sportowcy bo zakończeniu kariery chcą pozostawać aktywni zawodowo i związki są dla nich naturalnym miejscem by kontynuować życie zawodowe oraz że posiadają wiedzę na temat swojej branży – nie chcę tym tekstem ich z nich wyganiać. Rozumiem też czym jest, tak podkreślana przez działaczy sportowych, autonomia polskich związków sportowych – to nie atak na ich niezależność, to przypomnienie, że zarządzają oni środkami pochodzącymi z publicznych źródeł, a zawodnicy, których wysyłają na igrzyska, noszą polskie barwy narodowe i dlatego powinni robić to w sposób fachowy.

Sprawdź artykuł innego autora.