Ułatwienia dostępu

Dyskusja na na temat renowacji wrocławskiego Mostu Grunwaldzkiego zatacza coraz szerze kręgi. Wszystko za sprawą projektu, według którego miałby zostać przywrócony oryginalny wygląd. Nie chodzi jedynie o pylony, które zyskałyby dodatkowe zwieńczenie, a o napis: Kaiserbrücke, a także cesarskie orły i herby Hohenzollernów. Budowla ta powstała bowiem za czasów, gdy miasto nosiło nazwę Breslau. Zwolennicy i przeciwnicy rekonstrukcji pierwotnych zdobień przerzucają się racjami, wzajemne oskarżając się to o zdradę polskości, to o strach przed historią i hipokryzję. Tymczasem niemal nie mówi się o innym podłożu konfliktu: roli symboli w kształtowaniu społecznej świadomości i polityki historycznej.

Na początek – rys historyczny. Most został oddany do użytku w 1910 roku, przyozdobiony jak należy, symbolami ówczesnej, niemieckiej władzy. Był dumą prężnie rozwijającego się Breslau, jednego z najważniejszych miast Cesarstwa Niemieckiego, a nowatorska konstrukcja przyciągała uwagę i zaznaczała rozwój w kierunku przedmieść. Na cześć Wilhelma II nazwano go Kaiserbrücke – Mostem Cesarskim. II wojna światowa nie oszczędziła budowli, pylony pozbawiono charakterystycznych zwieńczeń, a konstrukcję zmieniono tak, że osiadła na umieszczonych w rzecze barkach (miało to zapobiec uszkodzeniom wynikłym z ewentualnych bombardowań). Mimo to wojnę przetrwał, a nawet odbywał się na nim ruch drogowy. Zaledwie dwa lata po zakończeniu wojny most odremontowano, pozbawiając symboliki jeszcze niedawnego właściciela tych ziem, a także zmieniając nazwę na taką o jednoznacznie patriotycznym skojarzeniu.

Przez niemal osiemdziesiąt lat nikomu ten stan rzeczy szczególnie nie przeszkadzał. Wpisywał się w specyfikę Wrocławia jako miasta o historii polskiej, niemieckiej i czeskiej. Nikt nie zaprzeczał jego pochodzeniu, sprawności projektantów i budowniczych, a nawet można było wyczuć szacunek dla ich pomysłowości i sprawności. Wielokulturowe dziedzictwo miasta widać w wielu miejscach. Nie tylko w nietypowych na Polskę bryłach Hali Stulecia czy Urzędu Wojewódzkiego (celowo monumentalne). Celowo odnawiane są zachowane przedwojenne napisy na ścianach kamienic – malowane szyldy dawnych zakładów, a nawet cenniki. Współczesność i historia współistnieją ze sobą, tworząc harmonijną całość.

Aż ktoś wpadł na pomysł zaburzenia tej równowagi. Na początku lipca media obiegła informacja o planowanym remoncie tego historycznego mostu. Zgodnie z zamysłem realizowanym już od pewnego czasu miał on mieć przywrócony pierwotny wygląd. Tendencja ta widoczna jest od pewnego czasu i znajduje tylu zwolenników, co przeciwników. O ile w odnawianiu kamienic na Nadodrzu czy Trójkącie (budynku w tych dzielnicach silnie ucierpiały podczas wojny i dopiero od stosunkowo niedawna są remontowane) nie ma nic złego, to przywrócenie na siłę ponurego, zielonego koloru Mostu Zwierzynieckiego w miejsce niedawnego radosnego, żółtego spotkało się z słusznymi pomrukami niezadowolenia. Tym razem miasto poszło o krok dalej. Ma być przywrócony całkowicie pierwotny wygląd mostu. Razem z symboliką cesarską na nim umieszczoną. Podniosły się głosy oburzenia – a także oburzenia na oburzenie.

Zwolennicy zmian argumentują, że jest to zwyczajna renowacja, ewentualnie oddanie hołdu twórcom i mieszkańcom dawnego Wrocławia, oraz wyraz szacunku do historii miasta. Czasem również przywołuje się fakt istnienia innych śladów dawnych włodarzy regionu, których nikt nie chce usuwać. Dużo częściej jednak podnoszone są nie argumenty merytoryczne, a marne przytyki w stronę prawicy. Od dawna dla wielu jest synonimem zaściankowości, ignorancji historycznej i głębokiej ksenofobii. Stwierdzenia równie emocjonujące, co nieprawdziwe. Na dodatek są podszyte źle ukrywaną (a nawet nieukrywaną) pogardą wobec przeciwników – dla takich ludzi nie ma partnerów w dyskusji, są przeciwnicy, których należy zniszczyć i ośmieszyć. Nie jest to nic nowego, ci uważający się za elitę wykazują taką postawę odkąd istnieje możliwość w miarę swobodnej dyskusji w Polsce postkomunistycznej. Z jednej strony przyzwyczailiśmy się do takich wyzwisk (choć śmieszą, gdy tak zwraca się do naukowców i badaczy równych, a nawet wyższych stopniem), gdzieś z tyłu głowy pobrzmiewa smutne „znowu?”.

Przepychający taką zmianę nie są w stanie bowiem zrozumieć dwóch zasadniczych różnic. Jak zostało wspomniane wyżej, Wrocław jest pełen śladów po dawnej bytności Niemców oraz – w mniejszym stopniu – Czechów. Czym jednak jest zachowywanie tego, co istnieje, oraz celowe odtwarzanie „od zera”. Drugi proces wymaga znaczącego zaangażowania, celowości, przemyślenia, a wreszcie – kosztów. Co jednak ważniejsze, wkraczamy w ten sposób w strefę zapomnianą i niezrozumiałą dla wielu współczesnych: strefę symboliki. Żyjemy w świecie dosłowności, gdzie interpretacja przyjmowana jest niechętnie („niech każdy rozumie na swój sposób!”), powszechność rozumienia znaków maleje.

Umieszczanie flag, herbów i napisów w danym języku oraz zmiana nazw to część polityki wobec miast i państw podbitych. Szczególnie, gdy dzieje się to w miejscach reprezentacyjnych, jak bodaj najsłynniejszy most w mieście. O ile pozostawienie dawnych znaków po wojnie można uznać za pewne przeoczenie czy chęć cięcia kosztów, tak celowe odtworzenie symboliki państwa systemowo walczącego z Polską i Polakami mieszkającymi na tym terenie jest zwyczajną farsą. Powstaje pytanie, czy jest głęboko zanurzoną i nieuświadomioną czołobitnością wobec Niemiec i ich historii, niechęcią do Polski, czy próbują wybicia się na medialnym temacie. Nie będę bawić się we wróżkę.

Do remontu Mostu Grunwaldzkiego zostało jeszcze wiele miesięcy. Na ten moment miasto deklaruje, że chociaż nazwa pozostanie (choć nie było to takie pewne). Decydentom pozostaje życzyć rozsądku i odwagi pod naporem „oświeconych”, szacunku dla Polski i korepetycji z symbolizmu.

Agata Leszczak

By Agata Leszczak

Lekarz medycyny, miłośniczka gór, kolarstwa i literatury, szczególnie historycznej