Ułatwienia dostępu

W XXI wieku, u schyłku ery pax Americana, świat zachodni jest narażony na katar, ilekroć USA kichnie. Stąd zdecydowałem się opowiedzieć temacie październikowych protestów No Kings 2, ponieważ można nim podsumować kilka ważnych wątków oraz otworzyć cały szereg kolejnych. Podstawowy cel niniejszego tekstu stanowi przeanalizowanie, dlaczego niegdysiejsza największa siła demokracji liberalnej przestała oddziaływać z dawną mocą na rzeczywistość polityczną. Jest w tym specyficznym doborze nieco prywaty w postaci ironicznego posmaku w ustach zagorzałego monarchisty.

18 października 2025 r. na obszarze całej Ameryki miały miejsce jedne z największych, w liczbach bezwzględnych, protestów w historii USA. 7 000 000 ludzi (słownie: SIEDEM MILONÓW) wyszło na ulice w 2700 mniejszych, skoordynowanych protestach na terenie całych Stanów Zjednoczonych. Na stronie internetowej protestu określono je „14 razy większymi niż obie prezydenckie inauguracje Donalda J. Trumpa”. I co? I nic się nie stało.

Wydarzenie, które było drugą edycją protestów pod tym hasłem, stało się z jednej strony bardzo wygodnym pretekstem do odwrócenia uwagi od zamknięcia rządu, które Demokraci zdołali wymóc na republikańskiej większości. To przerzucenie winy na opozycję odniosło skutek, gdyż jak na podstawie sondażu [link] doniósł „The Hill”, coraz więcej Amerykanów obarcza winą za zamknięcie rządu zarówno Republikanów, jak i Demokratów. Jednocześnie 70% wyborców uważa, że Demokraci są oderwani od rzeczywistości i jest to wzrost o 19 p.p. od 2013 r., podczas gdy Republikanie zanotowali spadek o 5 p.p. do 65%. Dane te zbierane były w okresie od 13 listopada 2024 do 18 czerwca 2025 r., zatem mogły mieć wpływ na działalność polityczną Demokratów w ostatnim czasie.

Właśnie w takich bieżących okolicznościach pojawiły się protesty będące przedmiotem niniejszego tekstu. 7 mln ludzi w skali całych Stanów, którzy wyszli na ulice w ramach 2700 mniejszych inicjatyw, to dowód dojrzałości obywatelskiej Amerykanów. Przebieg tych manifestacji był niezakłócony przez jakiekolwiek wybryki – jak donoszą amerykańskie media lokalne – aresztowano ok. 40 osób, a ranne były 3 osoby. W siedmiomilionowej skali nie ma podstaw do podważenia modelowego wręcz charakteru tego pokojowego protestu. Skąd zatem prześmiewczy tytuł?

Wynika on z odczuwalnego wyczerpania się formuły tego typu wydarzeń. Mimo wrażenia, jakie próbowały podtrzymać amerykańskie media liberalne – protesty te nie były wyrazem woli narodu. Nie były też wyrazem ponadpartyjnej społecznej mobilizacji, mimo wrażenia wywołanego przez masowy charakter zgromadzenia. Na początek kilka faktów, na podstawie analizy przeprowadzonej w trakcie zgromadzenia przez 10-osobowy zespół z American University w Waszyngtonie DC na próbie 348 uczestników wydarzenia w tym mieście. Największa grupa ludzi deklarowała, że o marszu dowiedziała się od znajomych lub bliskich, drugą popularną odpowiedzią był Instagram. Średnia wieku uczestników w samej stolicy to 40-50 lat, wyraźna była przewaga płci kobiecej (57%), a dominowała rasa biała (86%). 89% z nich miało przekonania lewicowe, w tym 29% bardzo lewicowe, 47% lewicowe, a 13% lekko lewicowe. Zebrali się tam by oprotestować samego prezydenta oraz jego politykę migracyjną, którą wciąż popiera większość Amerykanów i ponad 90% wyborców republikańskich.

Jako podsumowanie tego badania, przeprowadzonego przez liberalnych badaczy (którzy sami wzięli udział w politycznym marszu), można zatem powiedzieć, że przeciętny uczestnik stołecznego marszu No Kings 2 to liberalna, biała i wykształcona kobieta po 40. roku życia, która ma wyraźnie lewicowe poglądy i sprzeciwia się polityce migracyjnej Trumpa. Według mediów z innych miast i regionów, średnia wieku w skali kraju była jeszcze wyższa, choć – wobec braku takich zestawień dla wszystkich 2700 zgromadzeń tego dnia – trudno podać dokładne dane. Co więcej, wiele tych zgromadzeń rozpierzchło się, gdy tylko dotarli do końca trasy marszu. Korespondent CNN Brian Todd relacjonował, że we wspomnianej wyżej amerykańskiej stolicy, już między 14:00 a 15:00 tłumy się przerzedziły. Gdy dodamy jeszcze do tego fakt, że organizatorami tego wydarzenia były różne organizacje progresywne, a ich organizacje partnerskie zebrały na ten cel 294,5 mln $, z czego niemal 1/4, bo aż 72 mln $, wyłożyły różne fundacje Sorosa – to staje się jasne, że nie był to organiczny protest amerykańskiej opinii publicznej, lecz spacer wyborców demokratycznych z pokolenia boomerów, którzy przeszli się po mieście, wyrażając poparcie dla swojego ugrupowania. I dobrze, w ich wieku wskazana jest aktywność na świeżym powietrzu.

Czy taki spacer można w ogóle uznać za jakościowy aktywizm w staroszkolnym znaczeniu, czy jednak stanowi to już jedynie aktywizm performatywny, który ogranicza się tylko do sygnalizowania cnoty za pomocą haseł suflowanych wyborcom przez spin doktorów partyjnych i aktywistów? Przecież podstawowy cel manifestacji stanowi pokazanie władzy społecznego sprzeciwu lub poparcia i wpłynięcie w ten sposób na jej decyzje. Z kolei celem aktywizmu performatywnego jednostek jest poprawa osobistego wizerunku i pozycji społecznej. Stąd bardzo łatwo o wniosek, że uczestnicy No Kings 2 prezentują performatywną twarz aktywizmu. Wniosek jest prosty – dawny mechanizm demoliberalizmu, jakim było odwołanie się do ostatecznej instancji, w postaci szczerego zdania opinii publicznej, któremu towarzyszyły emocje i wola politycznej zmiany, został zatarty przez piasek czasu, pełniąc obecnie formę pustego rytuału. Widać gołym okiem, że ten, niegdyś najbardziej oczywisty, przejaw demoliberalizmu coraz częściej cierpi na ciężką chorobę, której podstawowym objawem jest stanie na głowie: coś co powinno być oddolne i organiczne bywa dziś nierzadko odgórne i sztuczne.

Należy się jeszcze zastanowić, dlaczego takie wielkie marsze nie wpłynęły na Donalda Trumpa czy zniechęciły go do jego dotychczasowej politycznej aktywności? Z perspektywy obecnego mieszkańca Białego Domu jest to protest 9% wyborców jego kontrkandydatki, którą wyraźnie pokonał na drodze tzw. popular vote, a którą zmiażdżył z perspektywy podziału głosów elektorskich. Poza tym przekrój demograficzny protestów pokazał, że to był bardziej łabędzi śpiew niż ostrzegawczy, lwi ryk politycznej opozycji.

Demografia jest bowiem bezlitosna dla liberalizmu. Pokazało to badanie sondażowe przeprowadzone online przez NBC News Decision Desk na próbie 30196 dorosłych Amerykanów, w dniach od 13 sierpnia do 1 września 2025 r. W tej grupie było 2970 młodych dorosłych w wieku 18-29. Margines błędu w ich wypadku wynosił 2,2 p.p., wobec ogólnego marginesu błędu wynoszącego 1,9 p.p. Jego wyniki były jednym z najbardziej komentowanych w internetowej anglosferze badań społecznych z września 2025 r. Największą uwagę przykuło porównanie wyników amerykańskiej młodzieży z podziałem na grupy wyborcze i płeć, pod kątem kryteriów osobistej definicji sukcesu.

Widać z niego, że młodzi mężczyźni popierający Trumpa stanowią wyraźne przeciwieństwo w stosunku do młodych kobiet głosujących na Kamalę Harris. Ich największym czynnikiem sukcesu życiowego jest posiadanie potomstwa (34%), podczas gdy u tej ostatniej grupy jest to kategoria na przedostatnim miejscu z trzynastu (6%). W przypadku konserwatywnych kobiet wyraźnie widać, że potrzeba posiadania dzieci jest u nich średnio ważna w tym zakresie (26%), ale wciąż w pierwszej połowie listy i wyraźnie istotniejsza niż u ich lewicowych koleżanek. Lewicowi młodzi mężczyźni nie uznają posiadania dzieci za kryterium sukcesu tylko nieco rzadziej od liberalnych kobiet (9%). Różnica między deklaracjami dot. dzietności prawicowych młodych mężczyzn i kobiet wynosi 8 p.p. i może, w mojej ocenie, pokrywać się ze środowiskiem tzw. inceli. Szczególnie jeśli weźmiemy pod uwagę różnice w uznaniu wagi związku małżeńskiego, która jest niemal identyczna. Między republikańskimi młodymi mężczyznami a kobietami wynosi ona 9 p.p. (29% do 20%). Podobnych rozbieżności między płciami nie widać po lewej stronie światopoglądowej, gdyż zarówno w zakresie posiadania dzieci, jak i chęci zawarcia ślubu te różnice są mało znaczące (kolejno: 3 p.p. i 5 p.p., w obu przypadkach na korzyść mężczyzn). Gołym okiem widoczne jest podobieństwo najchętniej wybieranych kryteriów sukcesu w gronie liberalnych wyborców, bez względu na płeć. W przypadku i kobiet i mężczyzn są to: posiadanie kariery spełniającej oczekiwania i posiadanie pieniędzy na realizowanie zachcianek. Widać tu materializm oczekiwań i pewną niedojrzałość kidulsów, pokrywającą się ze wskazaniem posiadania stabilności emocjonalnej jako bardzo ważnego kryterium sukcesu (na to, że wyborcom Demokratów jej brakuje, wskazują rozliczne badania). Przy tym przejawiają empatię wobec innych, deklarując, że niesienie pomocy to ważny czynnik sukcesu. Są to istotne różnice z ich prawicowymi odpowiednikami, które za najważniejsze kryterium sukcesu, obok wymienionych czynników, uznają niezależność finansową (33% mężczyzn i 40% kobiet). Co ciekawe jest jeden czynnik sukcesu, który jest uznawany za najmniej ważny w każdej grupie i jest to sława oraz wpływ, ale w rozumieniu influencerskim. Pokazuje to kres społecznej dominacji celebrytów, którzy dotychczas mocno wspierali demoliberalny system.

Wnioski z tego badania dla przyszłości wszelkich inicjatyw masowych środowiska liberalnego w Ameryce są mocno ostrzegawcze, choć trzeba wziąć poprawkę na fakt, iż celem badania było zgłębienie czy np. posiadanie dziecka jest uznawane za czynnik sukcesu, a niekoniecznie czy jest ono priorytetem w życiu ankietowanych. Po pierwsze: liberałowie będą wymierać, a konserwatyści rozmnażać lub przynajmniej zachowywać status quo. Po drugie: młodzi lewicowcy pozostają indywidualistami, ale niekoniecznie idzie to w parze z wartościami liberalnymi – co pokazuje niedoreprezentacja tej grupy w omawianym wydarzeniu. Można powiedzieć, że liberalna młodzież ma inne formy partycypacji performatywnej niż starsze pokolenia np. aktywność internetową, ale nie można nie uznać radykalizacji tej grupy za istotniejszy czynnik absencji w aktywnościach związanych z Demokratami, szczególnie wobec krytycyzmu młodych lewicowców wobec liberalnego establishmentu. Wskazuje na to spadek znaczenia celebryckiego stylu życia, które dotąd skradało serca i umysły młodych Amerykanów. Od czasu pandemii widać w tym zakresie poważne zmiany. Jest jednak jeden – niezauważany w Polsce – czynnik, który spaja młodych ludzi w USA ponad politycznymi podziałami, ale o tym opowiem już w kolejnym tekście.

Więcej tekstów dostępnych na naszej stronie.