Ułatwienia dostępu

Przelano morze bratniej krwi. Oczyszczono ziemię z wrogów ludu, a króla despotę” pobawiono głowy ku uciesze ludu. Mogłoby się wydawać, że żądze jakobińskie zostały nasycone, a jednak podejrzenie zdrady i spisku szerzy się wśród „cnotliwych patriotów”. Gdzie leży granica ludzkiej nienawiści? Jak rewolucja pożera swe potomstwo? Czy krwawy przewrót może być początkiem złotego wieku? Zapraszam do lektury recenzji Terroru by wspólnie z autorem pogłowić się nad tymi pytaniami.

Nowi kierownicy rewolucji 

Terror domyka cykl powieści poświęconych rewolucji francuskiej, rozpoczęty przez Błyskawice. Poprzedzający go Jakobini zostawiają nas ze zwycięskim stronnictwem żyrondystów, którzy w rzeziach wrześniowych rozprawili się z niedobitkami rojalistów w Zgromadzeniu Narodowym. Mogłoby się wydawać, że rewolucjoniści osiągnęli czego pragnęli. Francji Burbonów już nie ma. Jest Francja należąca do ludu, który kieruje nią poprzez swoich przedstawicieli, oświeconych światłem myśli Jakuba Jana Rousseau. A jednak jest wręcz przeciwnie. Przelana krew ludzi naznaczonych jako wrogowie nie ugasiła ognia rewolucji, lecz go podsyciła. Terror użyty raz jako narzędzie polityczne nie znikł, brzytwa gilotyny ciągle łapczywie wgryzała się w rzucane jej chętnie mięso.

Powieść zaczynamy od scenki na jednej z paryskich uliczek, gdzie zniecierpliwieni ludzie stoją w kolejce do piekarni. Niezadowolenie tłumu popędza piekarza i jego rodzinę, którzy uwijają się jak w ukropie sprzedając głodnym chleb. Między ludźmi rozchodzi się szmer. Pada przeraźliwe oskarżenie pod adresem sprzedawcy o arystokratyzm. Ów podejrzany nazywa się Paweł Leroi i jest przekonanym jakobinem. Lecz to w co wierzy bądź nie, niewiele obchodzi głodnego suwerena, którego filozofia nauczyła, że to czego pragnie staje się prawem. Przez pana Leroi czytelnicy poznają dwoje wykreowanych na potrzeby tej książki bohaterów. Córkę Leroia – Cecylię i jego czeladnika, a później szefa tajnej policji – Karola Chevala. 

Podobnie jak w poprzednich dwóch książkach parę łączy uczucie, a na jego przeszkodzie staje polityka i odmienne zapatrywania. Karol jest zwolennikiem sankiulotów, radykalnej i najuboższej warstwy mieszkańców Paryża, wierzy w ich sprawę, zaś Cecylia, za przyczyną matki, jest zagorzałą rojalistką i katoliczką. W swoich recenzjach Błyskawic i Jakobinów podkreślałem, że te wykreowane przez Choińskiego pary nie są najmocniejszą stroną powieści. Za każdym razem miałem wrażenie ich jednowymiarowości i braku psychologicznej głębi. Owszem, możemy powiedzieć, że mają jakieś poglądy, coś wiemy o ich charakterach, ale nie udają dość dobrze pełnoprawnych postaci literackich. Niemniej, pomimo tej krytyki oddam, że polubiłem Chevala i pannę Leroi. On choć jest rewolucjonistą, zachował kręgosłup moralny i nie jest w stanie poddać się politycznym namiętnościom. Widząc niesprawiedliwość nazywa ją po imieniu, chcąc ochronić to co dla niego cenne ani nie boi podjąć się ryzyka. Cecylia z kolei, jest pobożną katoliczką i śmiałą dziewczyną. Kilkukrotnie naraża się na niebezpieczeństwo, nie mogąc stać bezczynnie wobec rewolucji. 

Historia tej pary pojawia się i znika w trakcie trwania powieści, będąc dopowiedzeniem tragicznych dziejów. Główną osią fabuły jest tytułowy terror, postępujący wraz z kolejnymi rozgrywkami politycznymi. Nie zamierzam streszczać książki, gdyż jest ona warta samodzielnej lektury, krótko jednak przedstawię wydarzenia, których jesteśmy świadkami. Przez Karola Chevala zostaje nam przedstawiony Marat, który w tym momencie święci tryumfy polityczne i dominuje w sercach sankiulotów. Dla nich jest ojcem ojczyzny, szczerze miłującym lud i wiedzącym najlepiej czego mu potrzeba. Jest w jawnej opozycji do żyrondystów, umiarkowanych jakobinów, którzy w poprzedniej książce, noszącej po nich imię, doprowadzili do ostatecznego zdeptania dawnej Francji i zgilotynowania Ludwika XVI. W ogóle Terror jest dobrym zobrazowaniem znanego powiedzenia o rewolucji pożerającej własne potomstwo. Żyrondyści nie zawahali się natchnąć lud do krwawych masakr arystokracji i duchowieństwa. Wykorzystali bierność już i tak zniewolonego i słabego monarchy, by w pełni zająć jego miejsce jako rządcy kraju. Teraz to ich pozycja jest podkopywana. To na nich kieruje się oskarżycielskie spojrzenie ludu, któremu rewolucja obiecała wolność, suwerenność, a przede wszystkim podniesienie statusu majątkowego i napełnienie brzuchów. Jednak te obietnice nie zostają zrealizowane. Zamiast tego Francja toczy wojnę (sprokurowaną przez żyrondystów, o czym ponownie możemy przeczytać w Jakobinach), dodatkowo obciążając swój budżet, a wśród przelanych rzek krwi znalazły się życia ludzi majętnych i doświadczonych w kierowaniu państwem. Na przestrzeni opowieści obserwujemy jak wyniesieni do godności sędziowskich, prokuratorskich i innych zostają ludzie przypadkowi. Tacy, którzy nie mają ani odpowiedniego wykształcenia ani doświadczenia by wykonywać powierzone im zadania. Wystarczy jednak by byli zaprzyjaźnieni z odpowiednimi ludźmi, jadowicie pluli na ołtarz wiary katolickiej i obaloną monarchię. W połowie powieści Marat zostaje zasztyletowany przez żyrondystkę, a jego miejsce zajmuje Maksymilian Robespierre.

Jest to kolejna postać historyczna, odtworzona w powieści przez naszego pisarza. Choiński portretuje go jako śledziennika, to jest człowieka drażliwego, hipochondryka, skorego do zazdroszczenia innym ich sukcesów i splendoru. Oddaje mu jego pracowitość, podkreśla, że to dzięki tej cesze Robespierre doszedł do swojej pozycji, wytrwale wygłaszając przeciętne mowy, zapisując się w pamięci ludzi i nie schodząc im z oczu. Nie jest to człowiek błyskotliwej inteligencji, całą swoją wiedzę o świecie czerpie z prac Rousseau, które powtarza bezrefleksyjnie, znajdując w nich swoją mądrość życiową. Wydaje mi się, że najlepiej obrazuje to scena, w której Robespierre próbuje wprowadzić kult Istoty Najwyższej (bóstwa/jakiegoś daleki od świata boski rozum) wzorując się na myśli genewskiego sofisty. To co w jego oczach jest podniosłą ceremonią quasi-religijną, dla samych kolegów-jakobinów Maksymiliana jest farsą. Gdy ten odwraca od nich wzrok drwiący uśmiech wykrzywia ich oblicza. Ostatecznie pierwszy uczeń Jana Jakuba ginie z rąk pozostałych rewolucjonistów, mających dość terroru, denuncjacji i krwi bryzgającej z gilotyny.

Książki składające się na trylogię o rewolucji łączą pojawiające się w nich postaci ideowych ojców (i matek) przewrotu, jak i rodziny królewskiej. Ta ostatnia pojawia się w Terrorze epizodycznie, gdy młody królewicz został odebrany matce i oddany pod opiekę szewca-pijaka. Jest to scena zdolna poruszyć czytelnika swoim okrucieństwem i tragizmem, które niestety nie są owocem wyobraźni pisarza. Powracającymi bohaterami, jakkolwiek dziwnie używa się tego słowa w kontekście czynów pierwowzorów, są Jerzy Danton i jego przyjaciel Kamil Desmoulins. Można powiedzieć, że ten pierwszy wysunął się w Terrorze jako jedna z centralnych postaci powieści. Spotykamy go tutaj na cmentarzu, gdzie opłakuje śmierć swojej żony, rojalistki i katoliczki, dla której udział męża w straceniu króla był ciosem w serce, kosztującym ją zdrowie. Danton konsekwentnie był nam przedstawiany jako wprawny psycholog społeczny, zarazem leń i rozpustnik, jednak szczerze kochający swoją żonę. Choiński potrafi to docenić, ukazując bardziej ludzką twarz tego gwałtownego człowieka. Dla czytelnika, który zna poprzednie części trylogii jest to okazja do zastanowienia się nad tajemniczymi sprzecznościami jakie mogą zaistnieć w sercu człowieka. „Prokurator latarni” pojawia się relatywnie rzadko w tej części, właściwie będąc tą samą postacią co w Jakobinach. Być może był najciekawszy wtedy, gdy został już skazany przez Robespierre’a na ścięcie. Kiedy czekał na wykonanie wyroku, rzucając się po celi, tęsknił do żony, tęsknił do Boga, ukazując wrażliwą część swej duszy, utopioną zazwyczaj w żółci. Sądzę, że te portrety psychologiczne są dowodem na rzetelność Choińskiego, jako pisarza. Nienawidził rewolucji, to prawda, pokazał jej okrucieństwo i grozę, ale też uwzględnił złożoność ludzkiej duszy. 

Terror tak jak cała trylogia, jest przede wszystkim, historią rewolucji francuskiej i stojących za nią sił. W mojej skromnej ocenie nie potrzebowała ona tych dodatkowych postaci, które wymieniłem wyżej i mogła skupić się w zupełności na fabularyzacji wydarzeń historycznych. Choiński sprawnie i wiarygodnie kreśli portrety psychologiczne rewolucjonistów. W niebezpiecznym połączeniu wywrotowych, utopijnych, filozofii i wad moralnych dopatruje się źródła ich działań. Pogoń za zaszczytami, niezaspokojone ambicje i nienawiść do wartości Francji Burbonów pchnęły ich najpierw do przewrotu, a potem przemocy politycznej, która ostatecznie pochłonęła ich samych.  

Wszechwładza namiętności

W klasycznej antropologii możemy znaleźć koncepcję trójpodziału władzy duszy. Najczystszą i najlepszą częścią jest władza rozumna niższą od niej jest władza emocjonalna a na samym dnie znajdują się namiętności. Platon w Państwie marzył o rządach filozofów, ludzi uosabiających rozum, emocje czy też żądza sławy były cechą nieco mniej czczoną, lecz wciąż pożądaną przynajmniej u obrońców polis. Żądze jednak, nieokrzesane i najniżej położone w tej hierarchii, utożsamiają to co najgorsze w człowieku. Są oddalone od rozumu, mówiąc obrazowo, tak jak głowa od lędźwi. Filozofia klasyczna postawiła sobie za zadanie wychować człowieka tak, by raczej kierował się głosem racjonalnego daimona, niźli podszeptów ciała. Religia katolicka dodała do tego naukę o nabytej wskutek grzechu prarodziców ułomności i konieczności oparcia się na łasce bożej by móc żyć godnie. Przyjmując, że państwo, Naród, to człowiek w powiększeniu, by dobrze funkcjonować potrzebuje odpowiedniej formacji i działania nadprzyrodzonego. Francja opisana w Terrorze przypomina człowieka, który całkiem odstąpił od tego wychowania. Przewrót, który miał ją uzdrowić, pogrążył ją w zgrozie i ciągłej politycznej walce. Usunięcie dawnych struktur społecznych, które wzrastały wraz z całym państwem nie rozwiązało, realnie istniejących, problemów, a zrodziło nowe. Dzisiaj mówimy o problemach epoki postmodernistycznej, o świecie pozbawionym formy. I tym właśnie jest Francja jakobinów. Jest człowiekiem, który zatracił swoją tożsamość i atakuje bezmyślnie własną przeszłość. 

Teodor Jeske-Choiński i jego Europa

Jako że jest to ostatnia część cyklu o rewolucji francuskiej wypadałoby, ażebym zebrał moje rozproszone przemyślenia o tworzących go książkach. W Błyskawicach znajduje się niewielki biogram dedykowany autorowi. Możemy tam przeczytać, że tak jak Sienkiewicz pisał ku pokrzepieniu serc polskich, tak Choiński patrzył szerzej, obejmując swym wzrokiem całość kultury europejskiej, jak to się ostatnio modnie mówi cywilizacji łacińskiej. I to zdecydowanie jest widoczne w jego prozie. Nie gloryfikuje rewolucji ani stojących za nią idei. Przedstawia ją jako wybuch gwałtu, szaleńczy zryw Francuzów przeciwko samym sobie. Zarazem rewolucja jest też u niego w jakimś sensie dopustem bożym, karą za grzechy arystokratów, za bolączki systemu monarchii absolutnej. Gaston de Clarac, fikcyjna postać z pierwszej części trylogii, jest zwolennikiem korony i sceptycznie spogląda na wygłaszane przez jego braci i siostry w szlachectwie rewolucyjne hasła. Zarazem nie broni ślepo istniejących stosunków społecznych, sam jest zwolennikiem miękkich reform. Czy jest czymś złym życzenie Armanda Grandjeana z Jakobinów by podnieść poziom życia ubogich ludzi? Ciężko tak to nazwać. Wreszcie, czy sam Ludwik XVI, człowiek o gołębim sercu, sam nie ponosi odpowiedzialności za rozrost rewolucji? W pierwszych dwóch książkach, w których pojawia się król, całkiem wyraźnie widzimy, że jego słabość i spolegliwość rozochociły rewolucjonistów i umożliwiły im przewrót w ogóle. Nie bez znaczenia jest też przedstawiona rola masonerii. Choiński nie waha się mówić o tym, że za tymi dziejami stali ludzie z lóż masońskich, w tym niesławnego Wielkiego Wschodu. Czy jednak, ktoś może zapytać, nie są to wydarzenia przeszłe, obejmujące tylko jedną Francję?

Europa stanowi kulturową całość, idee krążą między państwami nie mniej jak towary i ludzie. Rewolucja francuska jest często wskazywana jako matka rewolucji bolszewickiej. I czytając Jakobinów a potem Terror łatwo jest dostrzec, podobieństwa. Jednym są podobieństwa ideologiczne, nienawiść do ołtarza, dawnej hierarchii społecznej, wyniesienie ludu na piedestał przy jednoczesnej kontroli tegoż ludu. A nadto jest ta szczególna atmosfera zagrożenia i niepewności. Nikt nie może czuć się wystarczająco bezpiecznie i pewnie, gdyż w każdej chwili może zostać zadenuncjowany przez nieżyczliwego sąsiada, konkurenta, albo zawistnika. Policja myśli, która czuwa nad obywatelami dla ich dobra, także zdaje się brzmieć znajomo. 

Tak więc Terror zamyka trzyczęściową opowieść o rewolucji (anty)francuskiej. Osobiście zakończyłem tę lekturę z mieszanymi uczuciami. Z jednej strony towarzyszyło mi zadowolenie po przeczytaniu dobrej książki, z którą spędziłem miło i owocnie czas. Z drugiej zaś strony towarzyszył mi smutek. Nie jest bowiem łatwo czytać o profanacjach świątyń i tego co należy do znaków wiary katolickiej. Duże wrażenie niewątpliwie wywierają opisy męczeństwa Ludwika XVII, zaś opisy paranoi władzy, wszechobecnego donosicielstwa kierują myśli Polaka ku czasom, gdy Polska była zniewolona przez komunistów. Mówi się, że dobra sztuka porusza swojego odbiorcę i jeśli jest to prawda, Terror wywiązuje się z tego zadania. Dodam też, że nie zostawia nas tylko z rozedrganym sercem, ale prowokuje do przemyśleń. A jakich? To już, drogi Czytelniku, musisz sprawdzić sam.