Ułatwienia dostępu

Zakończony niedawno rok szkolny obfitował w liczne, czasem wręcz skrajne reakcje i wnioski. Jedni chwalili się wynikami swoich dzieci bądź szkół, w których uczą. Inni grzmieli, że polska szkoła nie dość, że nie uczy niczego praktycznego, to zrównuje dzieci do jednego modelu, który jest nieżyciowy, i nie daje się rozwinąć tym wyjątkowym bądź z problemami. Co znamienne, to druga grupa głosów jest coraz głośniejsza, powoli przejmując przestrzeń dyskusji – nie tylko o edukacji, ale też roli człowieka w społeczeństwie i znaczeniu indywidualizmu.

 

Wszystkie kolory tęczy

Niebieski – koleżeńskość. Pomarańczowy – osiągnięcia sportowe. Fioletowy – kreatywność. Różowy – poczucie humoru. Kolory dyplomów na zakończenie kolonii? Nie, paski na świadectwie. Nie takie oficjalne, jak czerwony, ale doczepiane. Pomysł jest świeży, bo z zeszłego roku. W zamyśle miał docenić tych, którzy może nie uczą się na tyle dobrze, żeby uzyskać średnią 4,75 i co najmniej bardzo dobre zachowanie. W końcu nie każdy potrafi tak dobrze przyswajać wiedzę, pisać kartkówki, sprawdziany i odpowiadać przy tablicy, jak inni, może mieć za to inne zdolności.

Jest to niezaprzeczalna prawda. Nie można jednak oprzeć się wrażeniu, że bardziej niż na faktycznym docenieniu uczniów uzdolnionych w wielu kierunkach chodzi o nagrodę pocieszenia. Tak, żeby nikomu nie było przykro. Dzieci uczone są tego od małego. Zawody „dla zabawy”, nie „dla wyników”, hasło „wygrywają wszyscy” i podobne zaszczepiły wrażenie, że lepsze lub gorsze efekty nie są ważne. Ba, nawet jasne ich określenie jest niepożądane. Potem jednak przychodzi szkoła z twardymi danymi. Średnia 3,5 nie podskoczy magicznie do 5,0, nieważne jak ładnie dekoruje się zeszyty i dzieli się drugim śniadaniem.

Skoro jednak jesteśmy przyzwyczajeni do tego, by wszyscy byli tak samo docenieni, wyjątkowi i wspaniali, trzeba było nagiąć rzeczywistość. Docenieni mają być wszyscy (choć w praktyce nie – o tym za moment). To daleko idący i nie tak oczywisty na pierwszy rzut oka efekt wszechrówności. Początek nie był taki zły – w zamyśle każdy miał otrzymać równe szanse, tak, by zniwelować różnice wynikające z niezawinionych czynników (gorszej sytuacji materialnej czy domowej). Pewnych czynników jednak się nie wyrówna: wrodzonych predyspozycji, wychowania, samego charakteru ucznia, które to były kształtowane niezależnie od placówki edukacyjnej. Od pewnego momentu były więc skazane na porażkę. Mało kto jednak chce przyznać się do bycia pokonanym. Pomijanie milczeniem dzieci zwyczajnie leniwych czy złośliwych nie powoduje, że znikają, ale że nie ma się pomysłu, co z nimi począć. Są sprzeczne z pięknym planem i zamysłem, a co psuje efekty – powinno zniknąć.

 

Po co nam szkoła?

Współczesna pedagogika poszła krok dalej. Nie tylko nie potrafi skutecznie sobie poradzić z uczniami, którzy robią wszystko, tylko się nie przykładają do nauki. Z równych szans przeszła do równych efektów. To paradoks: z jednej strony doceniana jest różnorodność i wyjątkowość każdego dziecka, z drugiej wszyscy powinni być tak samo niesamowici. To jest nierealne do zrealizowania. Są dzieci i nastolatkowie zwyczajnie przeciętni. Są zainteresowani bardzo wąskim wycinkiem nauki czy umiejętności, które nie wchodzą w zakres nauczania szkolnego, lub ledwie o niego zahaczają. I nie ma w tym nic złego – szkoła nie jest w stanie i nawet nie powinna dbać o absolutnie wszechstronny rozwój każdego chętnego. Koła zainteresowań to miło dodatek, jednak przy ich nadmiarze gubi się nadrzędny cel istnienia edukacji.

Jaki to cel? Przede wszystkim jest to wyposażenie młodego człowieka w wiedzę i umiejętności potrzebne do sprawnego funkcjonowania we współczesnym społeczeństwie. To połączenie znajomości podstaw języka ojczystego, historii, nauk przyrodniczych i matematyki z różnymi zdolnościami umożliwiającymi ich wykorzystywanie. Tak znienawidzone „bezsensowne” lekcje z dziwnymi wzorami matematycznymi uczą logicznego myślenia, planowania działań i elastyczności mózgu. Pytania o przyczyny i skutki kolejnych wojen, traktatów i przywilejów szlacheckich rozwijają zdolność łączenia faktów i myślenia przyczynowo-skutkowego. Kolejne trącające myszką lektury tworzą zręb wspólnej kultury, tożsamości, płaszczyzny porozumienia między rodakami. Nauki przyrodnicze pozwalają zrozumieć otaczający nas świat, odpowiednio go wykorzystywać i zwyczajnie się go nie bać. Oczywiście, można się zżymać nad przestarzałością programów nauczania czy koniecznością wbicia się w klucz odpowiedzi. Jednak to szczegóły możliwe do zmiany, a rdzeń pozostaje ten sam: by już dorosły człowiek po kilkunastu latach edukacji opuścił mury szkoły dobrze przygotowany do zadań życia współczesnego.

W edukacji klasycznej nie mniej ważnym elementem było wychowanie moralne i religijne. Współczesna szkoła publiczna również po części realizuje to zadanie: na godzinach wychowawczych, przez elementy na lekcjach języka polskiego czy obcego, oraz na znikającym właśnie WdŻ. Poziom ten jednak nie jest zbyt wysoki, ograniczając się do absolutnie podstawowych kwestii, jak koleżeńskość. Patrząc zaś na tendencje postępowe, co bardziej konserwatywny (czy po prostu rozsądnie myślący) rodzic raczej by nie chciał, by jego dziecko było uczone, że każda forma miłości jest słuszna, tylko trzeba się umieć zabezpieczać, używanie odpowiednich zaimków to podstawa współżycia społecznego, a mikroagresje prowadzą do śmierci. Nie w naszej mocy (jeszcze!) jako prawicy jest przepchnięcie właściwych treści nauczania. Dlatego tak istotne jest, by to rodzina wychowywała dzieci w odpowiednich wartościach, z zaznaczeniem różnic między tym, co im mówią, a tym, z czym mogą się spotkać.

 

Dwa źródła motywacji

Mamy więc idealny świat liberalnych pedagogów, w którym każdy uczeń jest z natury dobry, każdy na swój sposób wyjątkowy, trzeba jedynie odpowiednio ich nakierować, a z radością odkryją wspaniały świat nauki. Można w tym miejscu parsknąć śmiechem. Są uczniowie wybitni, przeciętni i słabi. Tacy z trudnościami w nauce, ale jeszcze nie kwalifikujący się do szkół specjalnych czy pomocy nauczyciela wspomagającego (dostęp do nich również jest bardzo utrudniony, nawet w dużych miastach), czy zwyczajnie niewłaściwie wychowanych, czy też niebędący w stanie wykrzesać z siebie stu procent – z różnych powodów.

Różnice są naturalne, jednak uwierające, a przez to niepożądane. Żeby znieść ten dyskomfort, powstał pomysł, by docenić uczniów jak choćby przez wspomniane wcześniej kolorowe paski. Problem pojawia się w momencie, gdy i tak będzie grupa dzieci, która nie dostanie żadnego. Ot, niczym niewyróżniające się osoby, z przeciętnymi wynikami, nawet może angażujące się w kwestie społeczne czy zajęcia sportowe, ale bez efektu „wow”. Potrzeba docenienia wszystkich okaże się klapą, pozostawiając te dzieci w poczuciu jeszcze większego zawodu.

Dotykamy tu jeszcze jednej, bardzo istotnej kwestii: źródła motywacji. Może być ona zewnętrzna lub wewnętrzna. Ta pierwsza oznacza, że motywacja podchodzi od innych: chęci zadowolenia kogoś, spełnienia jego oczekiwań; może chodzić o konkretną osobę lub ogólnie presję społeczną (prawdziwą lub wyimaginowaną). Często związana jest ze strachem, lękiem, potrzebą zaspokojenia potrzeby pochwały, sławy lub uczucia, że jest się potrzebnym. Druga oznacza, że źródło motywacji leży we własnych planach, celach i ideałach danego człowieka. Daną czynność czy projekt wykonuje dlatego, że tego chce i głęboko wierzy w jego słuszność.

Wraz z procesem dorastania owe źródło zmienia się. Małe dziecko opiera się przede wszystkim na motywacji zewnętrznej. Dzięki rodzicom i innych wychowującym je osobom poznaje, jakie zachowania są pożądane, jakie nie, a słynne bunty wynikają z potrzeby testowania granic, poznawania swojej odrębności od innych. W wieku szkolnym stopniowo do głosu dochodzi motywacja wewnętrzna, gdy dziecko zaczyna zdawać sobie sprawę, jakie są jego marzenia, tworzy coraz konkretniejsze plany. To ważny element rozwoju, który może być silnie zahamowany przez nadmierny wpływ wychowujących. Nie chodzi o zakaz picia alkoholu czy zadawania z niewłaściwymi osobami, ale siłowe nakierowanie ucznia na konkretną drogę życiową, wybór zainteresowań czy znajomych.

Nagradzanie dziecka za wszystkie przejawy dobrych działań nakierowuje źródło motywacji z powrotem na to zewnętrzne. Dorastający człowiek widząc, że jest publicznie chwalony za wszelkie inicjatywy jakie podejmuje, często nieświadomie zmienia swoją optykę. Nastolatkowie potrzebują akceptacji jak ryba wody, jednak podtrzymywanie ich w chwaleniu za każdy normalny przejaw działania patologicznie napędza ten proces. Tworzy również postawę lękową: co jeśli tym razem mnie nie docenią? Już dorosły człowiek po skończeniu szkoły średniej i rozpoczęci studiów lub pracy zderzy się z innym światem. Albo nikt nie będzie zwracał uwagi na to, czy reprezentuje szkołę w pływaniu i jest w samorządzie szkolnym, albo wpadnie w pułapkę korporacyjnego systemu motywacyjnego, który obiecuje „niesamowite profity” za nierealne targety.

Osoba przyzwyczajona do zewnętrznego źródła motywacji oraz nagrody będzie świetnym, grzecznym i niesprawiającym problemu uczniem i pracownikiem. Będzie robić swoje bez zająknięcia, łasa na pochwały. Człowiek zdrowo znający swoją wartość, mający własne zainteresowania, pragnienia i siłę do ich spełnienia nie spełnia warunków ucznia idealnego. A właśnie tacy są potrzebni współczesnemu społeczeństwu.

Agata Leszczak

By Agata Leszczak

Lekarz medycyny, miłośniczka gór, kolarstwa i literatury, szczególnie historycznej